Gdy wylosują ci Niemcy, a ty i tak wiesz, że pojedziesz do Kazachstanu


O tym, dlaczego młody kleryk tak bardzo fascynuje się Wschodem. I co się musi stać, aby w kilka lat po zostaniu księdzem wszedł na pokład samolotu lecącego gdzieś do dalekiego Kazachstanu? A także o tym, jakie pierwsze zadanie otrzymuje na miejscu?
O powołaniu oraz swojej pracy w dalekiej Karagandzie opowiada dziś Ksiądz Grzegorz Burdyński MIC.


No, to jak to było z tą „misyjnością” u Księdza? Zawsze tlił się ten pomysł, by posługiwać gdzieś daleko?

To chyba dość naturalne, że wszystko zaczęło się właśnie tutaj. Bardzo blisko mojego miejsca zamieszkania. O samych misjach po raz pierwszy usłyszałem bowiem w swojej rodzinnej parafii. W Górze Kalwarii. Kilku Księży Marianów przyjeżdżało do nas i co pewien czas opowiadali nam o swojej pracy, o egzotycznych placówkach. O tamtejszych ludziach. I wtedy oczy kilkunastoletniego Grzesia robiły się coraz większe i większe.

A potem było wielkie „bach” i przyszło powołanie. Do misji na dalekiej Syberii…

Ha-ha! (śmiech) No, coś w tym stylu. Gdy byłem w seminarium, bardzo często spotykałem się z chłopakami z całego świata. Także tymi z Litwy, z Białorusi, z Łotwy. Nie będę ukrywał, że był to czas, gdy byłem nimi dość mocno zafascynowany. Także krajami ich pochodzenia. Zwyczajami, jakim hołdowali. Tym, jaka była ich wrażliwość. Z czasem ta fascynacja Wschodem była już na tyle duża, że gdy tylko pojawiała się możliwość wyjechania gdzieś w tamtym kierunku, od razu się zapisywałem.

Ale dlaczego akurat Karaganda? Egzotyczny i mało komu w Polsce znany Kazachstan?

To sprawka naszych ówczesnych przełożonych w seminarium. (śmiech) W jubileuszowym roku 2000 wpadli na pomysł, aby wysłać nas na praktyki misyjne. Po dwóch. Do różnych naszych domów misyjnych. Wybór miał się odbywać na drodze losowania. Tak się złożyło, że ja akurat wylosowałem Niemcy. Zaś mój zakonny przyjaciel Walter, Brazylijczyk, wylosował Kazachstan. Jednak jako że jako obcokrajowiec nie mógł wyrobić sobie paszportu, by pojechać poza Unię Europejską, przełożeni zaproponowali nam zamianę.

I co? Ucieszył się Ksiądz z tej zamiany?

Nie będę ukrywał, że bardzo. (śmiech)

Jak Ksiądz wspomina tamten pierwszy wyjazd?

Pamiętam, że to była zima.. Pojechaliśmy we dwóch. Z jeszcze jednym współbratem. I cóż mogę dziś rzec? To był naprawdę wyjątkowy, piękny czas. Do dziś wspominam ten okres bardzo miło.

A język?

Trochę rosyjskiego pamiętałem jeszcze z podstawówki. Na tak krótki wyjazd wystarczyło.

Po powrocie do Polski kończy Ksiądz seminarium…

Dokładnie. I przychodzi pora prawdziwej posługi. Oczywiście – tu uprzedzę pytanie – pewnie, że chciałem jechać na Wschód. Ale na przykład na Ukrainę nie mogłem, bo musiałbym zrezygnować z przynależności do prowincji polskiej. Tak się bowiem składa, że tamtejszy wikariat jest niezależny, podlega bezpośrednio pod generała. Nie chciałem robić takiego kroku. I to od razu po opuszczeniu seminarium. Prowincjał zadecydował więc, że póki co posiedzę jeszcze w Polsce. Wyszło razem sześć lat. Pierwsze trzy w Elblągu. Drugie trzy w Grudziądzu. Na parafiach.

Aż nadszedł pewien majowy wieczór…

Tak, tak… Pamiętam go, jak dziś. To było w Sulejówku. Na takim specjalnym spotkaniu podsumowującym dla Księży Marianów. Po pierwszych pięciu latach ich kapłańskiej posługi. Ówczesny prowincjał, Ks. Paweł Naumowicz, zaczął nam wspominać, że powstała potrzeba wymiany księży z Kazachstanu. Część była już schorowana, część potrzebowała wrócić do ojczyzny. Gdy tylko to usłyszałem, od razu wiedziałem, że tej nocy za wiele spać nie będę. I rzeczywiście tak było. Myślałem, biłem się z lękami. Ale finalnie, rano przed Eucharystią podszedłem do prowincjała i powiedziałem mu, że jestem gotowy. Że mogę jechać do Kazachstanu.

Zgodził się?

Nie od razu. Muszę przyznać, że troszkę ostudził mój zapał. Powiedział, żebym uczył się rosyjskiego. Zaczął poznawać kazachską kulturę, obyczaje. Ale że póki co nie chciałby mnie nigdzie wysyłać.

Wie dziś Ksiądz dlaczego podjął taką decyzję? Przecież szukał chętnych…

Być może chodziło o to, że tutaj w Polsce zajmowałem się dziećmi i młodzieżą A trzeba przyznać, że to dość trudny temat dla duchownych. Za wielu chętnych palących się do tej pracy nie ma. Być może więc z tego powodu prowincjał wolał mnie mieć na miejscu. A poza tym wszystkim: ja nadal byłem dość młodym księdzem. Bez doświadczenia.

Próbował wtedy Ksiądz wpłynąć na zmianę stanowiska prowincjała?

Nie. Uznałem, że skoro taka jest jego decyzja, to ja się podporządkuję. Po prostu. I faktycznie za jego radą zacząłem szkolić język rosyjski. Czytałem o Kazachstanie. I czekałem…

Aż pewnego dnia…

Aż pewnego dnia zadzwonił telefon. I to już po miesiącu od tamtej pamiętnej rozmowy! Dzwonił prowincjał. Okazało się, że nie znalazł żadnego innego chętnego na ten Kazachstan. Mogłem jechać.

Był lęk?

Wiadomo, troszkę niepewności było. Nie znałem przecież jeszcze języka. A przynajmniej w biegły sposób. Nie byłem też jakoś specjalnie przeszkolony do bycia misjonarzem. Dziś w naszym zgromadzeniu wygląda to już nieco inaczej. Są specjalne ośrodki przygotowujące naszych księży do takich wyjazdów. Ja zaś po prostu pojechałem z marszu.

I trafił Ksiądz od razu do dalekiej Karagandy!

Tak. I jestem w niej już 11 rok. (śmiech)

A tak z ręką na sercu: co Ksiądz wiedział wówczas o Kazachstanie?

Szczerze? Nic. (śmiech)

Bo to podobno dość różnorodny kulturowo kraj.

Tak, to prawda. Niezwykły mikst. My tu w Polsce mamy znacznie bardziej jednorodną tkankę społeczną. Tam tych grup jest zaś znacznie więcej. Obok siebie żyją potomkowie Koreańczyków, Chińczyków, Ukraińców, Polaków. Podobno w całym kraju można się doliczyć 114 różnych narodowości.

Ciekaw jestem, jakie było pierwsze zadanie, jakie zlecono Księdzu Grzegorzowi Burdyńskiemu po przylocie na miejsce?

Pamiętam. Oczywiście, że pamiętam. To było naprawdę dobre. Otóż… Wyznaczyli mnie do spowiedzi. (śmiech) Ja im mówię, że nie znam jeszcze dobrze języka. A oni na to, żebym się obawiał. Że mnie zrozumieją. No i poszedłem. Prawda okazał się jednak znacznie bardziej łaskawa od moich obaw. Spora grupa naszych parafian znała po prostu język polsku. To potomkowie naszych zesłańców. Po dziś dzień jedna msza w tygodniu jest zresztą nawet odprawiana po polsku. Było więc raźniej. I jakoś te spowiedzi udało się przeprowadzić.

A jak przyjęli Księdza sami Kazachowie?

Nieprawdopodobnie miło. To właśnie mocno mnie zaskoczyło. Kilka dni po moim przylocie lokalna młodzież zaprosiła mnie na… grilla. Pamiętam go do dziś. (śmiech) Trzy cegły z jednej strony, trzy cegły z drugiej, a pośrodku taka kratka.

A na niej?

Aaa… To też pamiętam. Trzy grube parówki. Grube i tłuste. Pamiętam bardzo wyraźnie. (śmiech) Taki to właśnie miałem początek w Kazachstanie.

 

Rozmawiał Stefan Czerniecki

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!
* pole wymagane