Historia z frontu


O tej historii nie dowiecie się z nagłówków największych portali informacyjnych w kraju. Jej szczegóły zna bowiem naprawdę niewielu. Zwykle są to katoliccy mieszkańcy ukraińskich miast, którzy nie widzą potrzeby, aby dzielić się tą informacją z Zachodem. Do naszego stowarzyszenia przyjechał jednak ostatnio ktoś, kto nam tę historię osobiście opowiedział...

Wojna na Ukrainie zastała go w jego zakonnym domu w Chmielnickim. Ksiądz Paweł Ostrowski MIC, bo o nim mowa, o pierwszych nalotach rosyjskich samolotów usłyszał jeszcze w porannej audycji w radio.
– Od razu wiedziałem, że to wojna – wspomina dziś.
    Ktoś mógłby nie dowierzać, że skąd duchowny mógłby mieć takie rozeznanie. Skąd miałby wiedzieć. Okazuje się, że czego jak czego, ale na temat wojny ksiądz Paweł ma prawo wiedzieć zdecydowanie więcej niż większość z nas. Jako były żołnierz walczący w armii ZSRR podczas wojny w latach 80. w Afganistanie, zna dźwięk świszczącej obok głowy kuli karabinu. Wie, jak wygląda praktyczna walka na froncie. Wie, czym de facto jest konflikt. I jak wygląda nagła śmierć kolegi z batalionu.
– Z jednej strony był strach i lęk – ksiądz Paweł kontynuuje swoje wspomnienie z pierwszych chwil wojny. – Z drugiej zaraz przychodziła myśl, że przecież nie jesteśmy w tym konflikcie sami. Że są nasi przyjaciele z Polski. Moi bracia marianie. I rzeczywiście, nie zawiodłem się.
    Jako przełożony ukraińskiego wikariatu ksiądz Paweł bardzo szybko zaczął być odpowiedzialny za całą pomoc, jaka trafiała z Polski na Ukrainę. Będąc na miejscu najlepiej wiedział, gdzie pomoc potrzeba jest najbardziej. Która z mariańskich placówek wymaga największego wsparcia. Komu potrzeba żywności, a komu opatrunków i środków medycznych. Te trzy pierwsze miesiące od wybuchu wojny były dla księdza Pawła prawdziwym „sprawdzam”. Znów na chwilę mógł poczuć się jak na froncie. Znów miał misję do spełnienia. I znów wiedział, że może polegać jedynie na Nim. Na Tym, na którym jeszcze nigdy się nie zawiódł. Jak się wkrótce okaże, i tym razem będzie podobnie.

„Do pobiedy”
    Do klasztornych budynków w Chmielnickim każdego dnia napływali uchodźcy uciekający ze wschodnich rejonów Ukrainy. Szukali schronienia, szukali jedzenia, szukali opieki.
– Telefon dzwonił co chwila – wspomina ksiądz Paweł. – Bywało, że dzwonił ktoś, komu na kilka kilometrów przed rogatkami Chmielnickiego skończyło się paliwo i zatrzymywał się w polu. Prosił o ratunek.
– I co wówczas ksiądz robił? – dopytujemy.
– Wszystko, co w mojej mocy. Jeśli był dostępny samochód, jechałem do nieszczęśnika sam. Jeśli nie, obdzwaniałem znajomych duchownych z okolicy, w której akurat znajdował się taki człowiek, i prosiłem, aby udzielili im noclegu. Powstała w ten sposób swoista sieć pomocy. Nikt nie pozostawał obojętny.
    Z czasem przebywający w klasztorze uchodźcy zaczęli nieśmiało myśleć o powrocie do swoich domów. Nie wszyscy jednak mieli tyle odwagi. Inni zwyczajnie nie mieli już gdzie wracać. Ich domy zostały zrównane z ziemią. Podchodzili wiec do księdza Pawła z pytaniem, do kiedy mogą u niego mieszkać. Potężnych rozmiarów kapłan odpowiadał wówczas z troskliwą miną i rozbrajającą szczerością: „Do pobiedy”. Do zwycięstwa.

Rozmowa z wojskowym
    Jako kapłan widział tę wojnę także nieco inaczej aniżeli większość z nas. Do księdza Pawła coraz częściej przychodzili walczący na froncie żołnierze, proszący o spowiedź. O udzielenie sakramentów. Wszak żaden inny ksiądz nie rozumiał ich tak dobrze jak on. Jako ten, który był niegdyś jednym z nich, uważnie słuchał ich rozmów, dochodzących z pola walki świadectw. Tak dowiadywał się o niezwykłych zdarzeniach dokonujących się na froncie. O przypływie odwagi dla lękających się. O podejmowaniu często irracjonalnych decyzji, które finalnie okazywały się ratować życie. Żołnierze czuli, że modlitwa, która posyłana jest w Niebo przez tylu wiernych na całym świecie, naprawdę przynosi owoce. W dodatku bardzo konkretne.
– Jest jeszcze jednak sprawa, o której chciałbym powiedzieć… – przez cały czas trwania naszej rozmowy twarz księdza Pawła jest bardzo poważna, jednak teraz przybiera już nad wyraz surowe oblicze. – Na pewno słyszeliście w Polsce o głośnej historii z Wyspy Węży. Gdy rosyjski okręt wojenny nakazał poddanie się stacjonujących tam obrońców, a ci odpowiedzieli słowem, które z czasem stało się słynne na cały świat…
– Tak, to zdanie stało się wręcz sloganem w mediach społecznościowych – podchwytujemy.
– I u nas było podobnie… – zawiesza głos ksiądz Paweł. – Aż któregoś dnia przyszedł do mnie do klasztoru pewien znajomy wojskowy.
    Jak się okazało, ów mężczyzna był praktykującym katolikiem. Chciał porozmawiać z księdzem na temat frapującej go kwestii. Chodziło to robiące oszałamiającą karierę zdanie. W samym Chmielnickim zdążyły już powstać miejskie plakaty oraz banery reklamujące sławną odpowiedź obrońców Wyspy Węży. Ta kwestia bardzo bolała tego wojskowego.
– Proszę księdza, bo to jest ich język. Oni tam tak rzeczywiście do siebie mówią. Syn do matki. Matka do córki. Mąż do żony. Ale my? My, którzy walczymy dziś o swoją wolność? To nie jest nasz język. Wpuściliśmy robaka w naszą kulturę. W naszą mentalność. Dziś słyszę, jak tym zdaniem posługują się małe dzieci idące na spacer z matkami.
    Ksiądz Paweł jedynie schylił głowę. Doskonale zdawał sobie sprawę, że ten mężczyzna przed nim ma rację. Nie wiedział tylko, jak może mu pomóc. A zarazem tak bardzo pragnął to uczynić. Wówczas zadziałała Opatrzność. 

Pozbyć się robaka
– Bo widzi ksiądz… – kontynuował wojskowy z zapałem. – Ja mam znajomości w ratuszu. Mogę pójść porozmawiać. Może posłuchają. Jak ksiądz myśli? Przyszedłem poznać księdza opinię, zanim się tam udam.
– … – ksiądz Paweł tylko  spojrzał na swego rozmówcę. Doskonale wiedział, co ma teraz zrobić. – Idź. Porozmawiaj.
    Za kilka dni wszystkie plakaty z niecenzuralnym zawołaniem znikają z miejskich skwerów, z bilbordów, z miejsc użyteczności publicznej. To jednak nie koniec. Spacerując po mieście ksiądz Paweł obserwuje, że w miejsce zdjętych plakatów bardzo szybko pojawiły się nowe. Na jednym z nich widać wielki napis „Bóg nam pomoże”. Jeszcze w innym miejscu miasta widnieje sporych rozmiarów plakat z wizerunkiem Najświętszej Dziewicy i podpisem „Najświętsza Maryja Panna pomaga Ukrainie”.
– Kto wie? – myśli duchowny. – Może nie jest jeszcze za późno, aby pozbyć się tego robaka, o którym mówił ten wojskowy?
    Dziś marianin doskonale zdaje sobie sprawę, z tego, jak ważne jest, aby do końca być wiernym zasadom. Wiernym nauce, którego uczy Niebo. I sam Kościół. Wiernym nawet teraz: w tak skrajnej historii, jaką jest trwająca obok krwawa i brutalna wojna. Tu nie miejsca na półśrodki. Na pójście na skróty. Na wpuszczanie wspomnianych robaków. Tu liczy się tylko dobro. Bo tylko w nim może być zwycięstwo.
– Tego nauczył mnie ten wojskowy – kończy duchowny. A na jego poważnej twarzy na krótką chwilę pojawia się ledwo dostrzegalny uśmiech.
 

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!
* pole wymagane