Jak Bóg powołuje, to nie ma się czego bać


O chowaniu dwójki dzieci w łazience przed krwiożerczymi bojówkami. O bohaterskiej siostrze chroniącej parafian przez lufami karabinów. Wreszcie o powołaniu do pracy w miejscu, gdzie po ludzku jest trudno. Oraz o pracy w rwandyjskim miasteczku Nyakinama opowiada Ks. Andrzej Tokarczyk MIC.

Posługuje Ksiądz w dalekiej i egzotycznej Rwandzie…
Tak, to prawda. Trzeba dodać, że prócz dalekiej i egzotycznej, także i pięknej. Nazywają to miejsce „Szwajcarią Afryki”. Lasy, góry, czyste jeziora...

…I dramatycznie trudna historia współczesna.
To również prawda. Moja przygoda z Rwandą, moja posługa w tym środkowoafrykańskim państwie zaczęła się właśnie od tego trudnego momentu w dziejach Rwandy.

Od wojny. Wojny domowej. Niektórzy historycy mówią wprost o rzezi.
Większość kojarzy wojnę od zabójstwa prezydenta Juvénala Habyarimana w 1994 roku. Bo faktycznie wówczas wybuchła najbardziej dramatyczna rzeź. Ale trzeba powiedzieć jasno, że ten konflikt, ta wojna trwała już od roku 1990…

Przyjeżdża Ksiądz do Rwandy właśnie we wrześniu roku 1993. Z Polski, gdzie nikt nie myśli w tym czasie o klęsce głodu, o stracie dachu nad głową, o wojnie trafia Ksiądz od razu na poligon. W sam środek wojny. Nie tylko duchowej, do której został Ksiądz powołany, ale również tej fizycznej, namacalnej.
Tak, tego nikt się nie spodziewał. Pamiętam ten czas. Akurat skończył się Adwent. Jest tuż po Świętach Bożego Narodzenia. Jesteśmy po ludzku zmęczeni. Dla nas duchownych okres Adwentu oznacza sporo pracy. Mnóstwo jeżdżenia od jednej parafii do drugiej (a warto dodać, że mamy ich tutaj aż dziewięć). Spowiedzi, rozmowy, rekolekcje, głoszenie. Słowem:  sporo zajęć. Chcieliśmy po tym wszystkim odpocząć. Jak co roku wybraliśmy się więc ze współbraćmi nad okoliczne Jezioro Kivu. To graniczny zbiornik z sąsiednim Zairem.

Gdzie dokładnie Księża trafili?
Do zaprzyjaźnionego z nami domu wypoczynkowego sióstr benedyktynek. Okazało się jednak, że wojna dotarła także i tam. W pewnej chwili przyszła pod drzwi uzbrojona banda Tutsi…

Z tego, co mówił mi Ksiądz, zabili wcześniej 12 osób. Czego chcieli od Was?
Szukali dwójki dzieci. Dobrze wiedzieliśmy, o którą dwójkę chodzi. Dopiero co chowające się w krzakach dzieci zabraliśmy do siebie i schowaliśmy w łazience naszego domu. Oczywiście uprzednio schowawszy klucz. Bandyci długo dobijali do tego pomieszczenia, ale finalnie uwierzyli nam, że nikogo w tej łazience faktycznie  nie ma. Dzieci przeżyły.

Wie Ksiądz, co się nimi dzieje? Żyją do dziś?
Tak, słyszałem, że są teraz gdzieś w Europie.

Co się stało z Księdzem później?
W pierwszej chwili chcieliśmy wrócić do naszej placówki, gdzie przecież wszystko zostawiliśmy. Ale nie dano nam. Przyjechało wojsko i motorówkami przetransportowali nas na drugi kraniec jeziora. Stamtąd organizowano przerzut do Zairu. Był ogólnospołeczny nakaz wywozu białych. Nie było szans wrócić.

Były jakieś wyjątki?
Tak, jeden. Na miejscu została pewna belgijska siostra. Przełożona benedyktynek. Powiedziała, żeby jej nie zabierali. Że zostaje z miejscowymi. Dopiero co wioskę opuściło wojsko, zaraz przyszła banda uzbrojonych rewolucjonistów. Zaczęli przeszukiwać dom zgromadzenia. Tak się składało, że w ostatnim pokoju długiego korytarza siostra ukrywała kilkanaścioro dzieci. Bandyci zaś szli po kolei wyważając kolejne drzwi.

Znaleźli ich?
Jakimś cudem Opatrzności nie. W pewnej chwili ktoś ich zawołał, odwrócił uwagę i dzieci były ocalone. W innym domu zakonnym szukali pewnej siostry. Schowała się w szafie z ornatami i suknami. Też jej nie znaleźli. Ale co przeżyła tak ona, jak i te dzieci, wiedzą tylko oni.

Matka Boża przewidziała tę masakrę.
Tak, Maryja przewidziała. Ostrzegała. Prosiła o nawrócenie. To zło, które powoli wchodziło w krwiobieg rwandyjski, było swego rodzaju wyzwaniem dla ludzi. Bóg pragnął pojednania między skłóconymi klanami. Niestety, nie udało się.

Ale dlaczego akurat Rwanda? Przecież jest mnóstwo państw, gdzie dwa zwaśnione klany żyją obok siebie i wcale nie dochodzi tam do tak tragicznych rzezi.
Powiem więcej! W całej Afryce, gdzie są tak liczne plemiona – znacznie liczniejsze aniżeli w Rwandzie i Burundi, gdzie mamy praktycznie prosty dualizm: Hutu i Tutsi – wcale nie ma tego typu problemów. A na pewno nie w takiej skali. Mało tego! Hutu i Tutsi mówią praktycznie tym samym językiem. Jeśli chodzi o dogadywanie się w warstwie czysto językowej, są bliżej niż my i Słowacy.

No właśnie. Użył Ksiądz słowa „dogadać”. W teorii powinni się dogadać…
Po ludzku tak…

A po Bożemu?…
Bardzo często jest tak, że zło atakuje mocno szczególnie te miejsca, gdzie teoretycznie powinno rozgościć się dobro. Pamiętajmy, że w Rwandzie Tutsi to społeczna mniejszość. Stanowią około 16-17 procent wszystkich mieszkańców. Co jednak ważne, w historii Rwandy to zawsze było plemię królewskie. Kiedyś rządzili. Dla nich dojście do władzy Hutu było policzkiem. Bardzo bolącym. Z tego tytułu wzięło się źródło konfliktu.

Wróćmy więc do Księdza historii. Finalnie udaje się Księdzu wylądować w Polsce.
Tak, przewożą nas przez Kenię do Belgii. A potem do kraju.

I na lotnisku zaczyna się Ksiądz źle czuć…
Tak, mam malarię…

Ale lekarze uspokajają, że to tylko efekt dramatycznych przeżyć…
Dokładnie! Przekonują mnie, że to niegroźne. Że zaraz minie. A ja wiem, że naprawdę mam malarię. Problem w tym, że lekarstwa zostawiłem na półce w belgijskim hotelu. Spiesząc się na samolot, po prostu ich zapomniałem.

Malaria jest chyba poważnym problemem dla misjonarzy w Afryce, prawda?
To bardzo ciekawy problem. Był bowiem czas, że malaria niemal wygasła. Ponoć władze zarządziły jakieś naloty spryskujące powietrze. Ale to już minęło. Dziś malaria znów wraca. Wracając jednak do pytania, to tak: dla misjonarzy malaria to niemal codzienny problem.

Wróćmy jednak do Księdza choroby. Leczonej w kraju. Co się dzieje dalej?
Gdy wreszcie zdiagnozowali u mnie malarię, bardzo mocno się mną zajęli. Do tego stopnia, że gdy zacząłem dochodzić do siebie, usłyszałem, że mam teraz zostać na miesiąc na obserwacji. A ja w szoku. Mówię lekarzowi, że „w Afryce to biorę leki i wracam do pracy!”. Prawda jest jednak taka, że bardzo chciałem już wracać do Afryki.

Nie za szybko?
Chwilę przed powrotem na Czarny Ląd popracowałem jeszcze w Belgii. Ale to było dla mnie i tak za długo.

Jaki był obraz Rwandy po Księdza powrocie?
Opowiem jeden szczegół. Jedziemy do chorego. Okazuje się, że jego stan jest poważny. Trzeba go przetransportować. Chciałem z nim pójść na skróty, do stojącego nieopodal zaparkowanego auta. Przez pole. Wtedy usłyszałem od jednego z mieszkańców: „Nie idź przez pola! Tylko wzdłuż drogi. Wszystko tu zaminowane! A Pan Bóg chce, abyście jak najdłużej nam służyli”. Taką Rwandę zastałem.

I naprawdę Ksiądz się nie bał?
Patrząc z dzisiejszej perspektywy pewnie było w tym coś ze strachu. Ale… Ja to tak widzę. Skoro Pan Bóg mnie powołał, to nie tylko i wyłącznie do miejsc, gdzie jest dobrze. Również do miejsc, gdzie po ludzku jest bardzo źle. Dla mnie takim znakiem Opatrzności był fakt, że przeżyłem tę masakrę. Że udało mi się wyjechać. Że przeżyłem tę malarię. I że znów mnie tu postawił. Żywego. Czyli najwidoczniej nadal czegoś ode mnie chce. Więc jestem. Jak Bóg powołuje, to nie ma się czego bać.

Rozmawiał: Stefan Czerniecki

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!