Ksiądz-andynista, który lubi pomodlić się w namiocie


Polskę nadal ma w sercu, choć od trzydziestu już lat żyje na drugim kontynencie. To w Brazylii uczyli go na księdza. To w Brazylii został wyświęcony. Wreszcie: to w Brazylii posługuje jako mariański misjonarz. Pomimo to polskim językiem nadal posługuje się nienagannie. Choć w ojczyźnie bywa obecnie naprawdę rzadko.

Dziś w naszym cyklu „Ja, Marianin” przepytujemy ks. Jana Bącala MIC, misjonarza posługującego w Rio de Janeiro.


Wychowany w małym Gościeradowie na granicy Lubelszczyzny i Podkarpacia od maleńkości kochał wyzwania. Zwłaszcza te taternickie. Zdążył pokonać większość dróg wspinaczkowych w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, by następnie przerzucić się na Tatry.
– Te także złaziłem całe. Zawsze kochałem sport. A wspinaczkę szczególnie – wspomina dziś.
    Opatrzność zadecydowała jednak, że swoją pasję – a i owszem – będzie mógł kontynuować, ale mieszkając i posługując w kraju, który tychże gór jest praktycznie pozbawionym. Mowa oczywiście o Brazylii.
    Trafił do niej jeszcze jako młody Janek. Kleryk uczący się na księdza. A został w niej już jako ksiądz. Ksiądz Jan, misjonarz. W swoim dwudziestopięcioletnim życiu kapłańskim zdążył zobaczyć już naprawdę wiele. Pierwszą placówką, jaką objął, była parafia w Turvo.
– Mieliśmy do obsłużenia czterdzieści kaplic dojazdowych – uśmiecha się delikatnie na samo wspomnienie pierwszych lat swojej kapłańskiej posługi na obcym kulturowo kontynencie. – Do tych najdalszych trzeba było nieraz jechać po 60 kilometrów. Najlepiej sprawdzał wtedy się jeep. Albo… nasz pospolity garbus. Był nie do zajechania.

Msza w namiocie
Tak się złożyło, że swoją pierwszą placówkę współdzielił z brazylijskim księdzem… polskiego pochodzenia, Luizem Grudzińskim.
– We dwóch zawsze raźniej – wspomina ksiądz Jan. – A jak już okazało się, że mój nowy kompan ma polskie korzenie, to w ogóle było mi lżej na sercu.
    Prawda jest jednak taka, że życie i dotychczasowa posługa księdza Jana dobitnie pokazują, że zupełnie świetnie radzi on sobie w pojedynkę. I chyba nieraz tę „pojedynkowość” w sobie lubił. Tak było choćby podczas jego wysokogórskich wypraw.
– Wspomniana nizinność Brazylii sprawiła, że aby móc się powspinać i znów poczuć góry, musiałem pojechać nieco dalej. W Andy – wyjaśnia.
    Tak się zaczęła wielka przygoda księdza Jana z tym pięknym południowoamerykańskim pasmem. Widział tu już naprawdę wiele. Zdążył wspiąć się choćby na sześciotysięczny Huayna Potosí, czy jeszcze wyższy od niego Illimani. Stanął na wierzchołku uznawanej za najpiękniejszą górę świata, peruwiańską Alpamayo. Wszędzie tam odprawiał Eucharystie. W namiocie.
– Dla mnie to było zupełnie naturalne – tłumaczy. – Msza Święta to zawsze spotkanie z Chrystusem. Czy w mojej parafii w Rio de Janeiro, gdzie mam przed sobą klaszczący tłum wiernych, czy w jednoosobowym namiocie na lodowcu pod Huayna Potosí. Tutaj też się da zapalić świeczkę, pomodlić się, złożyć Najświętszą Ofiarę Bogu.

Byle ponabijać się z Flamenco
    Jako miłośnik sportu nie mógł jednak ograniczyć się jedynie do górskiej wspinaczki.
– Teraz z racji bliskości morza, często pływam – uśmiecha się prostolinijnie. – Tu woda zawsze jest ciepła. A plaża pełna piasku.
    Gdy przyjechał do Brazylii po raz pierwszy, miejscowi dziwili się, że Polak tak dobrze kopie piłkę.
– Grałem od małego. I mówiąc troszkę nieskromnie, byłem w tym chyba nie najgorszy – śmieje się. – Chociaż muszę przyznać, że tutaj jest kilku takich zawodników, że naprawdę czapki z głów. Kopią naprawdę dobrze.
    Sam kibicuje Legii Warszawa oraz Palmeiras. 
– W Rio de Janeiro to dość kłopotliwe, bo tutaj wszyscy kibicują Flamenco. Ale przynajmniej mogę się z nimi podroczyć. A jak Flamenco przegra z moimi, to już w ogóle mam tematu do nabijania się ze znajomych mam przynajmniej na kilka dni.
    Wspinaczka i piłka nożna to jednak nie koniec, jeśli chodzi o aktywność marianina. Od czasu do czasu ksiądz Jan lubi zniknąć za horyzontem na kajaku. A to nie zawsze kończy się bez przygód.
– Pamiętam, jak pewnego razu mój dmuchany kajak rozbił się o skały – wspomina. – Po prostu źle oszacowałem ich wysokość. Kajak poleciał w jedną stronę, wiosło w drugą, a ja wylądowałem w wodzie. Troszkę to trwało zanim udało się z tego pozbierać. Ocalało jednak wszystko. Ja również.
    
Domatorsko: książka i szachy
    Nie jest jednak tak, że ksiądz Jan całe dnie spędza na uprawianiu sportu i ekstremalnej turystyki. Sam nie ukrywa, że lubi od czasu do czasu zaszyć się w domu. Wtedy najchętniej oddaje się grze w szachy.
– W szkole nawet brałem udział w zawodach – uśmiecha się. – Kilka tęższych umysłów też udało się zaskoczyć.
    Gdy pytamy, w czym jest słaby, odpowiada od razu:
– W śpiewaniu. Co gorsza, nic się nie da z tym zrobić. A przecież w Brazylii śpiewają niemal wszyscy.
    Gdy ma chwilę wolnego czasu, lubi go spędzić z dobrą książką.
– Generalnie czytam kryminały. Mroza przeczytałem już chyba wszystko. Lubię też twórczość chilijskiej pisarki Isabel Allende. Tyle że ją czytam już w oryginale.
    A skoro temat domu, ksiądz Jan ma w nim więcej zajęć niż tylko standardowe prowadzenie gospodarstwa, granie w szachy i czytanie książek.
– Jako że nieopodal przepływa rzeka, często w domu można znaleźć węża. Ostatnio jeden dopełzał aż w kuchni.
    Wtedy najczęściej trzeba złamać prawo i – pomimo faktu, że gady te objęte są w Brazylii ochroną – zabić niebezpieczne stworzenie.

American Dream
    Czy ksiądz Jan widzi siebie na nowo w Polsce? Wydaje się, że nie miałby z tym najmniejszego problemu.
– Jestem posłuszny Kościołowi. To jest moja matka. Jeśli Kościół uzna, że mam posługiwać gdzieś indziej niż w Brazylii, tam też pojadę. Bez obaw. Jestem do pełnej dyspozycji – deklaruje.
    Brazylia Brazylią, Polska Polską, ale jak tak zapytać księdza Jana o skryte marzenie, to po chwilowej zadumie odpowie…
– Marzą mi się Stany. Chciałbym przejechać rowerem całe pasmo Gór Skalistych. Od Kanady aż po Meksyk. To było dopiero coś…

   Pomódlmy się dzisiaj za ks. Jana. Marianina.

#SPM #JaMarianin #KsiezaMarianie #Marianin

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!
* pole wymagane