Niedoszły chemik, który zna języki


Gdyby nie został marianinem, pewnie byłby dziś chemikiem. Wszak drzwi Wydziału Chemii toruńskiego uniwersytetu Mikołaja Kopernika po zdanych egzaminach wstępnych stały już dla niego otworem. Bez wątpienia nastoletni Kuba mógł też rozpoczynać karierę na jednym z kierunków lingwistycznych. Dla kogoś, kto potrzebuje zaledwie czterech tygodni, aby w całości odprawić Mszę Świętą w filipińskim narzeczu bisaya, nauka języków obcych nie może być wyzwaniem. 

Dziś w naszym cyklu „Ja, Marianin” przepytujemy Ks. Jakuba Biernackiego MIC, misjonarza posługującego od niedawna na dalekich Filipinach.


Ksiądz Kuba pamięta tę scenkę jakby wydarzyła się wczoraj. Było lato. Rodzice pojechali samochodem w jakiejś sprawie do centrum ich rodzinnego Grudziądza. On zaś wraz z bratem zostali przed budynkiem. Starszy o sześć lat niepełnosprawny Łukasz siłą rzeczy przyciągał uwagę przechodniów. Do tego Kuba zdążył się już przyzwyczaić. Z niepełnosprawnością brata stykał się wszak od samego początku. Nie znał innego życia. Od urodzenia był wychowywany do pomocy słabszemu, do służenia. Nie inaczej było tego upalnego popołudnia.
W pewnej chwili do chłopców zbliżyła się grupa nastolatków. Zaczęli wulgarnie żartować sobie z niepełnosprawnego Łukasza. Kuba tylko przełknął ślinę. Miał dość. Chciał reagować, jednak doskonale zdawał sobie sprawę z przewagi rywala. Przeczekał więc atak. Młodzież po tym, jak dała sobie upust na słabszym i bezbronnym, poszła dalej. Nie minęło jednak kilka chwil, jak rozgrzanemu do czerwoności emocjonalnemu Kubie, pojawiła się na horyzoncie kolejna postać. Była to wiekowa pani. Szła w kierunku jego oraz brata. Wpatrując się uważnie w postać niepełnosprawnego Łukasza. Tego było już za wiele! Tym razem siły były wyrównane. Kuba właśnie miał ochotę wykrzyknąć kobiecie całą złość, wszystko, co myśli o podobnym zachowaniu – gdy wtem kobieta podeszła blisko i stając na wysokości jego twarzy, spojrzała chłopcu głęboko w oczy.
– Jak to dobrze, że się go nie wstydzisz… – wyszeptała nastoletniemu Jakubowi.
    Dziś dla księdza Kuby moment ten jawi się jako swego rodzaju początek jego nawracania. Początek szkoły jego powołania.
– W mig zrozumiałem, że pomimo całego swego tłumaczenia, ja się jednak tego swojego chorego brata wstydzę – wspomina dziś.

Dlaczego nie ksiądz diecezjalny?
    Przewrotnie jednak fakt opieki nad niepełnosprawnym bratem nie okazał się być pomocny przy obieraniu drogi powołania. Było wprost przeciwnie.
– Pamiętam, jak tłumaczyłem któregoś dnia rodzicom, żeby się nie martwili o przyszłość Łukasza i moją. Wyjaśniałem swój misterny plan – uśmiecha się dziś do swych wspomnień ksiądz Jakub. – Miałem szczery zamiar znaleźć taką żonę, która będzie chciała zamieszkać razem z nami i pomagać mi w opiece nad Łukaszem.
    Jak się dziś okazuje, Bóg widział to inaczej. Niewątpliwie na wybór drogi zakonnej Kuby duży wpływ miał pewien ksiądz marianin, jego spowiednik.
– Pamiętam, jak dość silnie sugerował mi, abym, jeśli zdecyduję się na kapłaństwo, wybrał drogę księdza diecezjalnego. Tłumacząc, że w ten sposób będę miał pewną stabilizację materialną, dzięki której będę w stanie konkretnie pomagać Łukaszowi i starszym rodzicom. Ta argumentacja sprawiła, że coś się we mnie przełamało. Czułem, że to nie powinno tak wyglądać. Po rozmowie z ówczesnym prowincjałem Polski, księdzem Pawłem Naumowiczem, już wiedziałem: będę marianinem.

Młodzi chcą, żeby wyjaśnić im odpusty
    Dziś posługuje jako misjonarz na dalekich Filipinach. Chciał lecieć do Afryki. Ale znów Opatrzność zdecydowała inaczej.
– Chciałem ewangelizować. Jak moi bracia w Rwandzie, w Kamerunie, czy w Kazachstanie. Wszędzie tam, gdzie wkoło pogaństwo, niebezpieczeństwa, tudzież islam – tłumaczy dziś swoją młodzieńczą motywację. – Okazało się, że Pan Bóg chce mi pokazać zupełnie inną rzeczywistość misyjnej posługi.
    Na Filipinach ksiądz Jakub nie spotyka się dziś z ateizacją. Nie musi tłumaczyć ludziom wiary, ani faktu istnienia Boga. 
– Ci ludzie doskonale intuicyjnie wyczuwają, że On jest – mówi z wypiekami na twarzy. – To dla nich oczywiste. Są radośni, są weseli. Niedawno pewna rodzina po stracie bliskiej osoby w wyniku tajfunu tłumaczyła mi, że oni wcale nie czują do Boga żalu. Wręcz przeciwnie: cieszą się, że dał im życie. Kolejną szansę, aby mogli odbudować wszystko od nowa. Zrozumiałem, że to oni mnie teraz nawracają.
    Podczas urlopu w Polsce jego messenger rozpalony jest do czerwoności.
– Piszą do mnie młodzi Filipińczycy. Każdego dnia. Wiele wiadomości – wyjaśnia. – Chcą wiedzieć, jak to jest z odpustami. Na czym polega nabożeństwo pierwszych piątków, pierwszych sobót miesiąca. Jak to połączyć, kiedy zaczynać. To są ich rozterki. To są ich pytania. Nie potrzebują ewangelizacji, a jedynie mądrej katechizacji. Tego, czego nikt inny im tutaj nie powie.

Carbonara przełożonego
    Dziś już wie, że misja na Filipinach była spełnieniem jego marzeń. Marzeń, których nawet nie był de facto świadom. O nich wiedział tylko Bóg.
– Pokochałem tę ziemię. Naprawdę. Pasuje mi tutejsza kuchnia. No, może za wyjątkiem przesłodzonego kurczaka. Bo tutaj naprawdę słodzi się wszystko. Do przesady – śmieje się duchowny. By po chwili przyznać, że to dla niego tym większe wyzwanie, bo od zawsze miał problemy z utrzymaniem wagi. O co tym trudniej, gdy na stół wjeżdża carbonara autorstwa księdza Darka, jego filipińskiego przełożonego. 
– Na całe szczęście tu pod Davao City mamy kapitalne trasy rowerowe. Już sobie planuję kolejne wycieczki. Oczywiście, jeśli znajdę jakiś czas.
    
Dwa ostatnie marzenia
    O tym, że chciał być chemikiem, chyba już zapomniał. Zdany egzamin wstępny na uniwersytet wciąż leży w jego grudziądzkim mieszkaniu. Już z niego nie skorzysta. Bóg dał mu ciekawszą alternatywę.
– Wyposażył mnie także w jeszcze jedną umiejętność – dodaje duchowny. – Mi się naprawdę łatwo uczy języków. 
    To prawda. Wystarczył miesiąc, aby zaczął odprawiać Msze Święte w lokalnym języku bisaya.
– Po pół roku mogłem już z większą swobodą głosić kazania. Nie wiem, jak to się dzieje. Po prostu przychodzi mi to nieco łatwiej niż innym – śmieje się.
    Podobnie jak łatwiej niż innym przychodzi księdzu Kubie nawiązywanie znajomości. Nie ma z tym większych problemów. Na Filipinach to bardzo istotna cecha. Tutejsza młodzież wie, że dostała z dalekiej Polski „swojego człowieka”. I zamierza nauczyć się przy nim, jak najwięcej.
– Moim głównym marzeniem dziś jest, aby któreś z nich zostało w przyszłości marianinem. Abyśmy nie musieli kiedyś zamykać tej placówki, gdy nas zabraknie. Naprawdę. Nie mam większych marzeń poza tym jednym – po chwili milczenia ksiądz Jakub znów się tajemniczo uśmiecha. – No może jeszcze jedno. Żeby dane mi było kiedyś pokłonić się Matce Bożej z Guadelupe.

Pomódlmy się dzisiaj za ks. Jakuba. Marianina.

#SPM #JaMarianin #KsiezaMarianie #Marianin

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!
* pole wymagane