O dwóch takich, co nie chciało uciekać


Od początku wojny z ich miasta uciekło już ponad milion ludzi. W dzielnicy, w której posługują, zamieszkanych jest dziś już tylko 25 lokali i 13 domów. Reszty ludzi już tu nie ma. Oni zostali. I wiedzą, że to nie koniec ich misji. Po obronie Charkowa trzeba przywrócić mu teraz życie. – I odminować miasto – uzupełnia ksiądz Anatolij.

2022 rok. Marzec. Północny Charków. Od kilku już tygodniu właśnie od tej strony miasta Rosjanie szturmują najsilniej. Na całe szczęście akurat wysunięta w kierunku granicy dzielnica Oleksiyivka nie jest póki co głównym celem najeźdźcy. Dzięki temu w tutejszym kościele Świętej Rodziny nadal mogą gromadzić się wierni. Tutaj bowiem czują się jeszcze względnie bezpieczni. Względnie.
Nad biedną dzielnicą poskładaną chaotycznie z niskich blokowisk i jednorodzinnych zapuszczonych gospodarstw widać wysoką, smukłą budowlę z białej cegły. Wydaje się odnowiona i schludna. Wysoką dzwonnice zdobi szara spadzista dachówka. Niedawno świątynia przeszła remont. Posługujący tu Księża Marianie mieli wielkie plany. Nowa ewangelizacja dzielnicy, praca z młodzieżą, liczne spotkania po mszach. Skończyło się na planach. Nikt nie przewidział tego, co nastąpi. 
W środku kościoła zupełnie pusto. Oko zbłąkanego wędrowca wita umiejscowiony naprzeciwko głównego wejścia obraz Świętej Rodziny. Na nim siedząca Maryja przysłuchuje się stojącemu obok kilkuletniemu Jezusowi. Za nimi w ciemniejszych, rozmytych tonacjach szarości święty Józef. Obraz wisi tuż za czerwonym murowanym ołtarzem. Ołtarzem z wizerunkiem triumfującego Baranka na cokole. Ołtarzem już pustym. Zdjęty mszał leży już na drewnianym podeście pod ścianą. O tym, że dopiero co zakończyła się tu Msza Święta świadczą jedynie unoszące się w górę wąskie stróżki dymu nad świecami stojącymi w prawym rogu ołtarza. Po świętej celebracji kościół zdążył już opustoszeć. Została w nim tylko jedna postać.
    Żeby ją zobaczyć, trzeba zajrzeć za przykryty białym obrusem ołtarz. Tuż przed pozłacanym tabernakulum leży w tej chwili człowiek. To ksiądz Mikołaj. Kilka chwil temu podczas celebrowanej przez siebie Eucharystii słyszał latające nad dzielnicą wojskowe samoloty. Znak był jasny. Właśnie szykują kolejny atak. Opatrzność pozwala jednak dokończyć duchownemu mszę. Teraz wraca z zakrystii, aby podziękować. Za to, że znowu się udało. Że nie zbombardowali. Po chwili modlitewnego milczenia przed Panem Ksiądz Mikołaj opuszcza głowę, by położyć się krzyżem.

Jasny podział i sławne cinquecento
    Mikołaj i Anatolij. Duchowni, których zrodziła właśnie ta ziemie. Ukraińcy, których serca pociągnęły do najstarszego polskiego zgromadzenia zakonnego. Do Księży Marianów. Obaj dzięki odbytym w Polsce studiom swobodnie mówią dziś po polsku.
– Przepraszam, jeśli będę mówił niegramatycznie. Czasem brakuje mi jakiegoś słowa – zaznacza na początku naszej rozmowy ksiądz Mikołaj. Zupełnie niepotrzebnie. Po polsku mówi naprawdę nieźle. I całkiem płynnie.
    Jest wikarym tutejszej mariańskiej parafii. We dwóch z księdzem proboszczem, ojcem Anatolijem, od kilku lat posługują w Charkowie. To ich ziemia. Ich dom. I ich parafianie.
– Po wybuchu wojny nie było nawet myśli, aby uciekać – tłumaczy ksiądz Anatolij. – Od początku było jasne, że ludzie, którzy tu zostaną, będą nas potrzebować. Kto wie, czy niektórzy z nich nawet nie bardziej niż samych żołnierzy.
    O ile bohaterscy kapłani podjęli męską decyzję, o tyle mieszkającym na terenie parafii siostrom zakonnym sami polecili czym prędzej opuszczać miasto.
– Nie miały samochodu – raz jeszcze wspomina pierwsze chwile wojny ksiądz Anatolij. – Oddałem im więc swój. Żeby mogły wyjechać. I to jak najszybciej.
    Na całe szczęście dość szybko znalazła się starsza kobieta, która zaoferowała pomoc. Też szykowała się do ewakuacji. Miała jednak zagwarantowany transport. Swoje auto postanowiła zostawić w mieście.
– Któregoś dnia zapukała do drzwi plebani – wspominając ten moment ksiądz Anatolij delikatnie się uśmiecha. – Z kluczykami od samochodu w ręku.
    Od tej pory małe wiekowe cinquecento stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych samochodów w całym mieście. Kapłani ustalili bowiem bardzo jasny podział obowiązków.
– Od początku bombardowań nie było dnia, aby ksiądz Anatolij gdzieś nie pojechał – zdradza po chwili milczenia ksiądz Mikołaj. – Chciał pomóc wszystkim, którzy tej pomocy oczekiwali. Jeździł po mieszkaniach parafian, wożąc im jedzenie. Odwiedzał ludzi mieszkających pod ziemią w metrze. Organizował wolontariuszy do rozpakowywania przysłanych z Polski paczek. Ja natomiast miałem zostać na parafii i troszczyć się o duchową opiekę dla wszystkich tych, którzy przychodzili do kościoła.
    Taki podział utrzymuje się w charkowskiej parafii Świętej Rodziny po dziś dzień.

Z kaplicy do świata
    Godzina siódma rano. Przez niewielką kaplicę przy kościele Świętej Rodziny przechodzi echo dźwięku delikatnych dzwonków. Z oczywistego braku ministranta ksiądz Mikołaj musi dziś sam dawać znać garstce wiernych o rozpoczęciu Najświętszej Eucharystii. Wchodząc za ołtarz jest nad wyraz skupiony. Na jego twarzy nie ma też paniki. W oczach próżno szukać strachu. A przecież po ludzku ma prawo się bać. Tylko wczoraj w charkowskiej dzielnicy Uragan ludzie usuwali ciała kolejnych zabitych wskutek rosyjskiego ostrzału. Wróg zabił dziesięciu cywilów, w tym siedmiomiesięczne niemowlę. Trzydzieści pięć osób zostało rannych. Ksiądz Mikołaj nie będzie jednak o tym mówił w dzisiejszym kazaniu. Zamiast tego powie o zwycięstwie. O triumfie dobra nad złem. Pochylając się nad Słowem, jakie na ten dzień daje wiernym Kościół, pokaże, ile w nim niezbywalnej nadziei. Ile uzasadnionej radości. I ileż triumfu. Zwycięstwa życia nad śmiercią. Światła nad ciemnością. Tej nadziej jego modlący się słuchacze najbardziej teraz potrzebują. On sam zresztą też.
    Jest już po Komunii Świętej, gdy naraz do kaplicy wchodzi zamaszystym krokiem dwóch mężczyzn. W pierwszej chwili dostrzega ich tylko ksiądz Mikołaj zwrócony twarzą do wiernych. Szelest bojówkowych spodni oraz chrzęst sprzętu sprawia jednak, że już po chwili także reszta zgromadzonych odwraca głowy w stronę wyjścia. Widok, jaki zastają, zaskakuje. To żołnierze. Ukraińcy.
    Ksiądz Mikołaj jest wyraźnie wzruszony. Mężczyźni przyszli prosić o błogosławieństwo. Lada moment jadą na front walczyć. Dobrze wiedzą, że może to być podróż w jedną stronę. Że być może to ich ostatnie chwile na tym świecie. Chcą się przygotować.
    Marianin wyciąga nad nimi ręce i wypowiada cichą modlitwę błogosławieństwa. Żołnierzom szklą się oczy. Klękają. Wszystko trwa niecałą minutę. Ubrani w zielone moro, okuci w bojowe buty i przysposobieni w ostrą broń mężczyźni przepraszają, że nie mogą dłużej pobyć w kaplicy. Ojczyzna czeka. Ksiądz Mikołaj nic już nie mówi. Spogląda tylko ze spokojem na znikające w ciemnym korytarzu dwie sylwetki. Korytarzu prowadzącym z ulokowanej w dolnym kościele kaplicy na zewnątrz. Do świata.

Metro, front i wypiekacze do chleba
    Godzina siódma trzydzieści. W momencie, gdy ksiądz Mikołaj właśnie kończy homilię w przykościelnej kaplicy wśród kilku zgromadzonych wiernych, ksiądz Anatolij stoi już w długiej kolejce samochodów do pobliskiej stacji benzynowej. To jedna z niewielu stacji, jaka w tych dniach funkcjonuje jeszcze w Charkowie. Wiele zostało zamkniętych. Część z powodu tego, że właściciele opuścili miasto. Część z powodu tego, że nie dotarły do nich dostawy paliwa. Tutaj na szczęście paliwo jeszcze jest. Horrendalnie drogie, ale jest.
    Podjeżdżając swym maleńkim wypożyczonym cinquecento dwa metry do przodu marianin ma chwilę czasu, aby nerwowo przeliczyć pieniądze. Za litr paliwa trzeba dziś zapłacić 10 dolarów. Na całe szczęście Stowarzyszenie Pomocników Mariańskich przekazało trochę gotówki zamkniętym w Charkowie braciom. Dokładnie wczoraj zaufany kierowca z Polski zawitał do miasta z przesyłką. Innymi drogami wsparcie z pewnością nie miałoby szans dotrzeć do celu. Księdzu Anatolijowi powinno wystarczyć, aby zatankować dziś ćwiartkę baku. W ciągu najbliższych kilku dni nie powinien więcej spalić.
    Ze stacji kapłan rusza w kierunku stacji metra. Wie, że mieszka tu teraz kilkaset ludzi. Są dzieci, są kobiety. Jest też sporo starszych ludzi. Ksiądz Anatolij schodzi na peron. Część ludzi miała szczęście: załapali się na miejsce w wagonach metra. Reszta śpi na zewnątrz. W tunelach, bądź na samych stacjach. W oczach mijanych twarzy widać pustkę. Ci ludzie zdążyli się już przyzwyczaić. Ciągłe wybuchy. Unoszące się tumany kurzu dochodzące z okolic wejść do metra. Dźwięk syren alarmowych. Kolejne bombardowania. 
Duchowny przywiózł ze sobą środki higieniczne. Pomoc w Polsce już wie, że do Charkowa nie ma co wysyłać zwykłych szamponów, czy mydeł. Ci ludzie nie mają tu przecież dostępu do bieżącej wody. Nauczyli się myć inaczej. Potrzebują środków niewymagających wody. Właśnie takie specyfiki rozdaje dziś ksiądz Anatolij.
    Musi się spieszyć, bo ma dziś jeszcze kilka miejsc, w których obiecał się pojawić. Pani Maria prosiła, aby przyszedł do jej siostry. Mieszkają po obu stronach miasta. Siostra od dwóch tygodni nie była poza mieszkaniem. Boi się. Skończyły się już zapasy. Nie ma co jeść. Ksiądz Anatolij zawozi jej kilka puszek konserw. Ma także chleb, który upiekły panie przychodzące do parafii. Wręczając świeży bochenek kobiecinie kapłan mimowolnie uśmiecha się do siebie. Wypiekacze do chleba to był wszak jego pomysł. Szybko podchwycony przez braci organizujących pomoc w Polsce. Po tygodniu był już transport. A wraz z nim także kilkanaście sztuk opiekaczy. Dziś nie ma poranka, aby z okolic plebani nie dochodził cudny zapach świeżego pieczywa.
    Po siostrze pani Marii proboszcz parafii Świętej Rodziny jedzie na spotkanie z księdzem Wojciechem. To polski kapłan posługujący w charkowskim oddziale Caritas. On także pomaga od samego początku wojny. Dziś mają przekazać środki medyczne i opatrunkowe dla żołnierzy walczących na rogatkach miasta. Obaj znają już tych ludzi. Wiedzą, komu można zaufać, a kto tylko mataczy, próbując zagarnąć coś dla siebie. Finałem całej operacji jeszcze tego wieczoru do rannych żołnierzy z żółtymi przepaskami na ramionach trafią specjalistyczne opaski uciskowe typu CAT. Dla kilku z nich będzie to ostatni moment, aby uratować życie. Zdążyli. Tym razem jeszcze się udało.

Miasto święte
    Obecnie na terenie mariańskiej parafii Świętej Rodziny mieszka piętnaście osób. Na początku wojny było ich znacznie więcej. Z czasem jednak większość zdecydowała się na ucieczkę z miasta. Zostali w przeważającej części ludzie najstarsi (siedemdziesiąt lat i więcej). Nie mieli szans na szybką ewakuację. Zostali w mieście. Bez opieki. Bez bliskich. Trzy osoby z obecnie mieszkających na plebani są poważnie ranne. Muszą cały czas leżeć. Pozostali jednak są mobilni. Wiedzą już, jak się zachowywać w razie zagrożenia.
– Przy ostrzale artyleryjskim po prostu padasz na ziemię. To zwykle wystarcza, żeby przeżyć – tłumaczy ze spokojem ksiądz Mikołaj. – Gorzej jest w przypadku ostrzału rakietowego. Taka wybucha jakieś 20 metrów nad ziemią. Wówczas jesteś bez szans. Nawet, jeśli padniesz na ziemię.
    Na całe szczęście odgłosy wybuchów stają się w ostatnich dniach tylko koszmarnym wspomnieniem dla dwójki kapłanów.
– Pod naszym oknem zaczęły nawet śpiewać słowiki – uśmiecha się ksiądz Anatolij. Zapachniało pokojem. Coraz częściej docierają do nas wieści o tym, że nasi chłopcy odpychają wroga aż pod granicę. 
    W niczym nie zmienia to faktu, że Charków jest dziś innym miastem. Na wpół zniszczonym, zrujnowanym. Z przeżartą wśród mieszkańców psychozą strachu. I z niebotycznymi potrzebami.
– Pomoc nadal do nas dociera. To jest prawdziwie Opatrznościowe – dodaje ksiądz Anatolij. – Wczoraj na przykład mieliśmy transporty do dwóch charkowskich szpitali. Jacy oni byli tam szczęśliwi!
    Obaj duchowni nie mają też wątpliwości, że ta wojna pokazała oblicze często zupełnie skrywane. I to zarówno wśród ludzi atakujących miasto, jak i wśród samych jego mieszkańców.
– Oczywiście uruchomiły się prawdziwe pokłady dobra – tłumaczy na spokojnie ksiądz Mikołaj. – Ludzie porzucali swoje firmy, a pieniądze przeznaczali na pomoc. Z szefów dużych korporacji stawali się z dnia na dzień wolontariuszami niosącymi pomoc najbardziej potrzebującym
– Były jednak też paskudne przypadki – ripostuje nieco ochrypłym głosem ksiądz Anatolij. – Na przykład dwójka młodych ludzi, chyba małżeństwo. Przyprowadzili do nas matkę, teściową. Pokrętnie tłumacząc, że nie mogą się nią już zajmować. Całą odpowiedzialność za tę niedołężną kobiecinę zrzucając na nas. Co mieliśmy zrobić? Swoje pomyśleliśmy, ale przyjęliśmy tę staruszkę. Dziś jest w Domu Opieki w Gródku. U naszych braci, też Księży Marianów.
– Takie przypadki to jednak zdecydowana mniejszość – uzupełnia ksiądz Mikołaj. – Dziś nasze miasto to miasto bez wątpienia miasto cierpiące. Ale zarazem też miasto święte.
    O zobaczonych na własne oczy przypadkach bezinteresownego niesienia pomocy drugiemu tych dwóch mogłoby opowiadać godzinami. Sąsiad sąsiadowi, nieznany przechodzień nieznanemu przechodniowi. Marianie nie mają najmniejszych wątpliwość, że Charków przeszedł w ostatnich trzech miesiącach prawdziwy test.
– Zdawali go ludzie, którzy po kilku latach nieobecności znów przychodzili do kościoła… –zawiesza na chwilę głos ksiądz Mikołaj. – Ci klęczący przed kościołem żołnierze, mówiący nam, że dopiero tutaj, na terenie parafii, czują się bezpiecznie. Wszystko to było wielkim znakiem. Także dla nas.
– Wiele było przy tym znaków z Nieba – wtrąca się ksiądz Anatolij. 
– Nawet takich zwyczajnych, prostych – ożywia się ksiądz Mikołaj, przechwytując zapodany wątek. – Na przykład wtedy, gdy pewnego dnia mieliśmy na godzinę czternastą zaplanowane rozdawanie żywności ludziom. I przez cały dzień od rana padał deszcz. I nagle, gdy przyszła akurat ta czternasta godzina, wszystko ustało. Jak ręką odjął.
– Tak, tak było… – pochyla swą szczupła głowę ksiądz Anatolij, wyraźnie się zamyślając.

Zadanie do wykonania
    Gdy jednak mówimy o zdanym egzaminie przez mieszkańców Charkowa, nie sposób zapomnieć przede wszystkim o tej dwójce. Jeśli ktoś z mieszkańców Charkowa miał pokazać innym, jak zdawać w tym czasie ten test, ci dwaj pokazali jak to zrobić na ocenę celującą. Rzecz jasna sami z siebie nigdy nie będą prosić się o żadne laury. Tacy już są. Tak zostali uformowani. Taki mają charakter. Taką postawę. Najprawdopodobniej nie chcieliby nawet, aby w ogóle powstawał ten tekst. Na całe szczęście o to akurat nikt ich nie pytał.
– Wie pan… Krótki czas przed wojną miałem sen. Wierzę, że to sam Bóg przyszedł wtedy do mnie. I to z bardzo konkretną wizją. Z bardzo konkretnym zadaniem do wypełnienia – zdradza na koniec naszej rozmowy ksiądz Mikołaj. – Zobaczyłem wtedy w tym śnie wąską dróżkę prowadzącą na Kozią Przełęcz w Tatrach. Ten najbardziej eksponowany odcinek, kiedy z jednej strony mamy ścianę, a z drugiej pionową przepaść. I ten moment, kiedy wiesz, że trzeba iść przed siebie. Nie odwracać się. Iść pomimo tego, że jest niebezpiecznie. Dopiero teraz, gdy wybuchła ta straszliwa wojna, przypomniałem sobie ten sen. I zrozumiałem, o czym Bóg wtedy do mnie mówił. Dziś staram się Go nie zawieść. Wszak sam mnie o to poprosił.
 

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!
* pole wymagane