Pikantne leczo pseudokibica


Podczas gdy jego szkolni rówieśnicy z niecierpliwością spoglądali na zegarki, aby sprawdzić, kiedy wreszcie nadejdzie przerwa i będą mogli pójść grać w piłkę, on planował, gdzie zagrać... w brydża. Gra w niego zresztą z przyjemnością po dziś dzień, choć cały czas powtarza, że nie ma na to czasu. Tym bardziej, że to wcale nie brydż stał się jego główną miłością od pierwszego wejrzenia. Dziś w naszym cyklu „Ja, Marianin” przepytujemy Ks. Piotra Kieniewicza.

Do tej pory znaliśmy go raczej ze studiów telewizyjnych, czy z uczelnianych katedr, skąd naucza kolejne pokolenia młodych ludzi. Pewnie niejedno z nas ma w domowej biblioteczce jego książkę. A i pewnie zdarzyło się nam słuchać jednej z jego mądrych konferencji na temat moralności. Co jednak robi ksiądz Piotr po tym wszystkim? Gdy przychodzi upragniony czas odpoczynku i można już zdjąć koloratkę.
– Gotuję. Uwielbiam gotować – odpowiada szczerze, gdy wreszcie udaje się nam go przycisnąć do muru.
    Współbracia potwierdzają, że faktycznie dobrze gotuje. Sam twierdzi, że specjalizuje się w kuchni …swojej, inspirowanej polskimi, węgierskimi i azjatyckimi smakami. Zdarza mu się gotować także i dania kuchni włoskiej. Zawsze trochę „po swojemu”.
– Najlepiej wychodzi mi moje własne leczo. Według autorskiego przepisu – odpowiada, gdy pytamy o ulubioną potrawę. – Składniki? Sporo mięsa, ale bez kiełbasy. Fasolka szparagowa, papryka, pieczarki. Późno dodana cukinia w kawałkach. I oczywiście sos pomidorowy. Wszystko bardzo pikantne. Bardzo.

Pseudokibic z dwiema miłościami
W życiu księdza Piotra zdarzyły się dwie miłości od pierwszego wejrzenia. I wcale nie chodzi o kuchnię ani o brydża. Raczej o żagle i… o teologię moralną. Przynajmniej tak nam powiedział. Żagli nauczył go kolega taty z pracy, gdy chodził jeszcze do siódmej klasy. Teologii nauczył się od swojego mistrza, ks. profesora Janusza Nagórnego.
– Z nauką jest jak z kobietą. Nie znosi konkurencji – odpowiada szybko i bez namysłu.
    Dlatego też sam wolał nie eksperymentować i oddał się nauce bez reszty. W przerwach między pisaniem książek, szykowaniem wykładu, czy wystąpieniami w telewizji, gotuje albo zakłada szalik ukochanej Legii Warszawa i staje się kibicem.
– Pan napisze „pseudokibicem” – poprawia. – Kibic to chodzi na mecze. A ja na Łazienkowskiej byłem tylko raz. Na meczu z Górnikiem, gdy wygraliśmy 3:0. Poza tym mecze oglądam tylko w telewizji. A to jednak wyłącznie pseudkibicowanie.

Samochód, science-fiction i brydż
    Gdy oznajmił rodzicom, że wybiera się do seminarium, tata długo milczał. Od mamy zaś usłyszał:
– Chodziłeś z tą myślą od dwóch lat. Niczym kura z jajem. Dobrze, że się wreszcie zdecydowałeś.
    Dziś nie żałuje. Bo jak sam powtarza „za dużo już przeżył, aby mamić się, że można wierzgać przeciw woli Pana Boga”.
– Prędzej czy później i tak wyjdzie na Jego… – opowiada z uśmiechem. – Dlatego idę tam, gdzie jestem posłany. Kiedyś był to uniwersytet, potem sanktuarium i naprotechnologia, a teraz kuria. Staram się słuchać Boga; wierzę, że mówi do mnie przez moich przełożonych. Więc jak mi mówią, że mam iść do konfesjonału, zakładam stułę i idę. Jak na uczelnię, to koszula, marynarka, komputer i w drogę.
    Byle tylko po drodze w samochodzie nic się nie zepsuło. Pół biedy, jeśli to będzie kwestia zmiany koła, ale poważniejsze naprawy są poza zasięgiem. Ksiądz Piotr nie ukrywa, że pod względem robót manualno-technicznych ma dwie lewe ręce. W domu też za wiele sobie nie naprawi. Zepsuty prysznic czy komputer będą musiały poczekać na specjalistę, byle niezbyt długo. 
– Denerwuję się strasznie, jak nie działa – dodaje ze śmiechem.
    Napytanie, czy ogląda filmy, zastrzega, że nie każde. Nie przepada za komedią i polską kinematografią.
– Bo ja polskiego kina po prostu nie lubię – tłumaczy podwyższając głos. – Kina warsztatowo fatalnego, z aktorami grającymi jak w teatrze i z dźwiękiem, jakby wszystko było zdubbingowane. Nadto często fabuła jest wykładana widzowi jak krowie na miedzy. I nie lubię też kina moralnego niepokoju. To przecież mam na co dzień w konfesjonale. W realu.
– Film ma być czasem relaksu – dodaje. – Uwielbiam „Gwiezdne Wojny”. A zwłaszcza część piątą. Bo science-fiction ksiądz Piotr po prostu lubi. Tak oglądać jak i czytać. No, chyba że akurat do pokoju zapuka współbrat chętny na partyjkę brydża. Tego przecież nigdy nie odmówi.
– Ale tych chętnych w klasztorze niestety coraz mniej – kończy z nieskrywanym smutkiem.

Pomódlmy się dzisiaj za ks. Piotra. Marianina.

#SPM #JaMarianin #KsiezaMarianie #Marianin

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!
* pole wymagane