Rwanda dwadzieścia trzy lata po ludobójstwie


Z ks. Ryszardem Górowskim MIC, misjonarzem mariańskim, rozmawiała Aleksandra Kiełczewska 

Od kwietnia do lipca 1994 roku ofiarą ludobójstwa w Rwandzie padło, co najmniej 800 000 ludzi, pochodzenia Tutsi. Sprawcami masakry byli Hutu - ich krajanie i sąsiedzi. W bratobójczej walce ekstremiści Hutu wykazali się niespotykanym okrucieństwem. Nie oszczędzili starców, chorych, dzieci, kobiet ciężarnych. Skutki ludobójstwa są odczuwalne do dziś.

- Niektórzy historycy twierdzą, że ludobójstwo w Rwandzie pozbawiło sensu istnienie ONZ…
- Nikt się nie spodziewał, że po zakończeniu II wojny światowej ponownie dojdzie do ludobójstwa. Rwanda stała się symbolem okrucieństwa, ale nie była jedyna. Rok później, w czasie wojny w Bośni, miała miejsce masakra w Srebrenicy. Europejskie media nie do końca rozumiały, co się dzieje w Rwandzie. Zbierałem wycinki prasowe z tego okresu. Ileż tam było nieprawdziwych informacji i chaosu! Niektórych spraw do dziś nie sprostowano. Trudno mieć żal do dziennikarzy i ONZ. Kraj był niczym wrzący kocioł i sami Rwandyjczycy nie wiedzieli czego się spodziewać.

- Doprecyzujmy zatem choćby jedną sprawę: nienawiść Hutu do Tutsi. Jedni twierdzą, że konflikt wybuchł nagle. Inni, że rozwijał się od XV wieku, kiedy powstało Królestwo Rwandy. Wówczas Tutsi zajmowali urzędy, zaś Hutu płacili daniny za ziemię. Kolonizacja kraju przez Niemcy i Belgię zatwierdziła nierówności społeczne, a kiedy do władzy doszli Hutu, dali upust gromadzonej przez wieki złości. Która koncepcja jest bliższa prawdy?
- Ta druga. Po upadku kolonii ponad 85% społeczeństwa stanowili Hutu. Demokratycznymi narzędziami doszli do władzy. Tutsi byli w mniejszości, bez nadziei na zmianę. Tłumiona nienawiść i walka o wpływy dopełniły dzieła. Jestem w Afryce od 1989 roku. Im dłużej tu człowiek żyje, tym mniej o Afryce wie. W mojej parafii mieszkali Hutu. Zanim wybuchła wojna, atakowały ich i mordowały bojówki z Ugandy. Przychodzili do księży po wsparcie. Skarżyli się: jesteśmy ciemiężeni przez Tutsi, atakowani i zabijani. Kiedy doszli do władzy, wszystko się zmieniło i dawne ofiary chwyciły za broń.

- Skąd Hutu mieli pieniądze na jej zakup? Brytyjska firma Mil-Tec otrzymała 4,8 miliona dolarów za karabiny i amunicję.
- Tutsi byli mordowani z broni kupionej przez rząd ich kraju, za pieniądze z podatków, ściągnięte między innymi od nich samych. Historia pokazuje, że kraj, który chce się zbroić, zawsze znajdzie na to fundusze, choćby był nie wiem jak biedny czy skorumpowany.

- Czy misjonarze przeczuwali tragedię i starali się jej zapobiec?
- Tak. Modliliśmy się o pokój, apelowaliśmy do parafian, spowiadaliśmy, udzielaliśmy sakramentów, głosiliśmy homilie o przebaczaniu i miłości bliźniego. To mogliśmy zrobić, ale widocznie garstka misjonarzy nie była w stanie rozwiązać problemów siedmiomilionowej populacji.

- W październiku 1993 roku ONZ wysłał do Rwandy misję pokojową UNAMIR. Kwartał przed ludobójstwem otrzymała doniesienia o magazynach z bronią, których ostatecznie nie przejęła, gdyż sprzeciwił się temu ONZ. Jak to rozumieć?
- UNAMIR również nie był w stanie zapobiec konfliktowi, nie mając żadnej mocy sprawczej, ani decyzyjności. Był bezradny, przerażony, wyposażony w broń, ale bez amunicji. Znam przypadek żołnierza, który próbował się bronić nożem kuchennym, bo nie miał z czego strzelać.

-  Premier Jean Kambanda, którego skazano na dożywocie za zbrodnie wojenne, twierdził, że plany ludobójstwa omawiane były w parlamencie. To prawda?
- Szczerze mówiąc, nie wiem. Na pewno dało się wyczuć rosnącą agresję i niepokoje społeczne. Poza tym: jeśli ktoś importuje tysiące karabinów, to najwyraźniej ma w planach ich użycie.

- Co Ksiądz pamięta z wojny?
- Więcej niż bym chciał. Widziałem sceny ekstremalne, np. mordowanie kobiet w ciąży. Nikt o tym nie mówi, ale w Rwandzie miał miejsce kanibalizm rytualny. To było coś tak okropnego, że nie ma w języku słów, aby to nazwać. Hutu maczali palce we krwi swoich ofiar, a następnie je oblizywali. Zgodnie z ich starymi wierzeniami miało to przenieść „ducha” i siły z ofiary na sprawcę oraz zapobiec zemście rodziny zabitego. Przeżyłem to wszystko tylko dzięki temu, że bez przerwy się modliłem. Można było oszaleć z rozpaczy od samej świadomości tego, co się działo wokoło.

- Wiele osób, które fizycznie przeżyły wojnę, w pewien sposób „umarło” pod kątem zdrowia psychicznego.
- Żaden człowiek nie jest w stanie oglądać takich scen, ani znieść takiego strachu. Do dziś w Rwandzie jest masa samobójstw i chorób psychicznych.  Jeden z misjonarzy nie wytrzymał tego napięcia, rzucił wszystko, nawet kapłaństwo. Został bezdomnym włóczęgą i zarabia na życie, żebrząc w metrze paryskim. Od ludobójstwa minęły 23 lata, a większość moich parafian nie wyleczyła się z traumy. Sprawcy mają wyrzuty sumienia, ofiary depresję, wszyscy koszmary w nocy. Pomagamy im, jak umiemy najlepiej, ale niektórzy misjonarze również zachorowali na ciężką depresję i nigdy więcej nie wrócili do Rwandy.

- Jak ludzie zachowują się w sytuacjach ekstremalnych?
- Widziałem reakcje ludzi, którzy bali się, że zaraz zginą. Część płakała, niektórzy śmiali się histerycznie, jedni chwytali za broń, inni uciekali. Wierni padali na kolana i modlili się gorąco, niektórzy zaś przeklinali życie i bluźnili przeciw Bogu. Zdarzało się, że ludzie szukali księdza, aby w pośpiechu się wyspowiadać. Inni współżyli seksualnie z przypadkową osobą, aby zdążyć zrobić to, co uważali za przyjemne. W sytuacji ekstremalnej ludzie zachowują się ekstremalnie, a normalności można oczekiwać tylko w normalnych warunkach. Dlatego nie wolno nikogo o nic oskarżać, osądzać, wyrokować co powinien zrobić, a czego nie. Niektórzy myślą, że mają prawo oceniać innych, bo sami na pewno byliby bohaterami i wzorem cnót. Kochani bracia i siostry, to jest tylko wyobrażenie, stworzone w bezpiecznym domu i komfortowych warunkach. Nie macie pojęcia, jak byście się zachowali i módlmy się, aby was taki test nie czekał.

- Poruszył Ksiądz ciekawy temat. Można spotkać się z publikacjami, w których kapłanom z Rwandy zarzuca się pasywizm lub lękliwość. To bardzo poważne oskarżenia i katolik może czuć się zdezorientowany słysząc o tych doniesieniach.
- Znam te publikacje, ale trzeba pamiętać, że w Rwandzie zginęło prawie 300 księży i sióstr zakonnych, którzy bronili swoich parafian. Podam przykład: w katedrze koło jeziora Kivu, schronili się wierni Tutsi i trzej kapłani. Liczyli na to, że bojownicy nie zaatakują świątyni, ale byli w błędzie. Przez otwory w dachu Hutu wrzucili granaty, a następnie wdarli się do katedry i zaczęli dobijać rannych. Dwóch kapłanów z Tutsi zabito od razu. Trzeciego, który wywodził się z Hutu, oprawcy otoczyli kołem. Dobrze wiedzieli kim jest, ponieważ wszyscy się znali. Spytali o pochodzenie. Odpowiedział: jestem księdzem katolickim. Krzyczeli, że nie o to chodzi. Oczekiwali, że potwierdzi bycie Hutu, opowie się po ich stronie i opuści wiernych. Grozili mu bronią, ale kapłan ciągle powtarzał: jestem księdzem katolickim, aż wpadli w gniew i jego również zabili. Stracił życie na ziemi, ale zyskał życie wieczne.

- Nie chcę dotykać treści objętych tajemnicą spowiedzi, ale zastanawia mnie, jak wygląda praca kapłańska ze sprawcami ludobójstwa i rodzinami ofiar?
- Pierwsi przyszli do mnie Tutsi. Zapytałem, jak mogę im pomóc. Powiedzieli, że chcą się wyspowiadać. Zaskoczyli mnie i w pierwszym odruchu spytałem: Wy? Z czego? To wy byliście ofiarami, to was mordowano. Odpowiedzieli krótko: z nienawiści do naszych oprawców. Nigdy w życiu nie zapomnę tej rozmowy. Moja praca kapłańska to nauka przebaczania.

- Czy wierni radzą sobie z tym zadaniem?
- Tak, ale przebaczenie to nie jest akt jednorazowy. Musimy go nieustannie ponawiać. Kapłan staje przed obowiązkami tak trudnymi, że przekracza to ludzkie pojęcie. W mojej parafii mieszkają Tutsi i Hutu. Ofiary koło sprawców, sąsiedzi, dom w dom. Z okna widzą jak człowiek, który zamordował kogoś z ich rodziny, wychodzi na spacer, albo sprząta podwórze. Moim zadaniem jest wprowadzić pokój między tymi ludźmi. Gdyby Rwandyjczycy nie przebaczyli sobie nawzajem, każdego dnia wybuchałaby nowa wojna.

- Pod Kigali otwarto pierwszą na świecie parafię pod wezwaniem Założyciela Zgromadzenia Księży Marianów. Misjonarze mówią, że św. Ojciec Papczyński będzie miał tu dużo pracy…
- Zdecydowanie tak. Zdrowi nie potrzebują lekarza. Ojciec Papczyński pisał, że do Królestwa Niebieskiego dochodzimy przez utrapienia. Jego nauki są niczym lek na duszę Rwandy. Cytat o prześladowcach streszcza całe życie moich parafian: przebacz im, a Bóg tobie przebaczy. Wierz mi: nie pozwoli, abyś Go w tym prześcignął.

Zobacz: Z Niepokalaną (Zima 4, nr 92, 2017, s. 16-19) Tutaj
 

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!