To były początki
Jak Ksiądz wspomina okres swojej posługi w Stowarzyszeniu?
Wtedy wszystko było nowe. Całe Stowarzyszenie było bardzo młodziutkie – jeśli za datę założenia przyjmujemy rok 1994, to ja przyjechałem do Polski w 1995 r. i zostałem pierwszym dyrektorem Stowarzyszenia Pomocników Mariańskich, które miało za zadanie krzewić duchowość mariańską i zapraszać do jej krzewienia ludzi świeckich na różnych płaszczyznach.
Braliśmy tutaj wzór ze Stowarzyszenia amerykańskiego. Stąd ojciec Władysław Pełczyński został niejako uwieczniony w swoich następcach – każdy kolejny dyrektor nosi to imię, przynajmniej urzędowo, i pod nim występuje oficjalnie.
Najpierw były próby dotarcia do naszych przyjaciół, stworzenia wspólnoty. Pojawiły się pierwsze pomysły, aby rzeczywistość kontaktów i relacji rozwiązać troszeczkę inaczej niż w Ameryce – nie tylko poprzez pismo „Z Niepokalaną” czy różnego rodzaju formy drukowane. Chcieliśmy stworzyć regiony w Polsce, żeby nie mieć wyłącznie kontaktu listownego, ale żebyśmy mogli się spotykać. Powstały grupy w Warszawie na Marymoncie, potem z pewnością w Lublinie. Do dzisiaj zresztą wspólnota w Lublinie trwa. Było też spotkanie tutaj, na Cyhrli, gdzie obecnie pracuję. Było spotkanie w Licheniu. Były również spotkania północne, czyli w Grudziądzu – tam spotykaliśmy się z naszymi przyjaciółmi.
Dużo zależało nie tylko od ojca Władysława, bo ojciec Władysław nie mógł tam przyjeżdżać co miesiąc, chociaż na początku tak chciał. Co jakiś czas mogliśmy się jednak spotkać, a wiele zależało od księży miejscowych. Zapraszaliśmy przełożonych czy współbraci. W Lublinie piękną pracę wykonywał ksiądz Dziedziul, który zajmował się tym – może nieformalnie, bo nigdy nie mieliśmy, powiedziałbym, promotorów Stowarzyszenia w regionach, ale byli współbracia, którzy chętnie z nami współpracowali.
Pracowałem w Stowarzyszeniu tylko rok, na samym początku. Był to więc rok uczenia się, rok wchodzenia w rzeczywistość trochę inną niż dotychczasowa, bo do tej pory w Polsce jako Prowincja Polska takich form duszpasterstwa nie prowadziliśmy. To było bardzo nowe również dla naszych współbraci, którzy przyglądali się temu – tak bym powiedział – pozytywnym, ale krytycznym okiem. Staraliśmy się więc przekonać nie tylko osoby świeckie do współpracy z nami, ale także zachęcić współbraci, żeby jeszcze pełniej zaangażowali się w to dzieło.
Jak wówczas wyglądało Stowarzyszenie?
Początki były takie, że pani Ewa, która naprawdę była spiritus movens tego dzieła, przeszła z wydawnictwa, żeby zasilić Stowarzyszenie swoją wszelaką wiedzą i wielką pracą, którą już wtedy wykonywała, a którą potem kontynuowała. Kiedy przyszedłem do Stowarzyszenia w 1995 r., w sierpniu – jeśli się nie mylę – na pewno była już pani Ewa i na pewno była pani, która zajmowała się sprawami administracyjnymi. Budowaliśmy wtedy stałą redakcję „Z Niepokalaną”. Pojawiła się też redaktor, pani Grażyna; nie pamiętam już w tej chwili imion wszystkich, którzy nas wspierali – było ich czworo.
To wszystko był początek. Za wiele osób nie było, bo i lokalowo było to niewielkie przedsięwzięcie – mieściło się na Gdańskiej, w naszym domu duszpasterskim. Siostry były na górze, a my na dole. Ale to było dobre miejsce, blisko kościoła, i mieliśmy własną kaplicę. Jak już wspominałem, o 15. gromadziliśmy się na Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Staraliśmy się też zapraszać naszych wolontariuszy – bo już wtedy się pojawiali – przed wysyłką, do wspólnej modlitwy.
Wspomniał Ksiądz, że poznał ojca Władysława Pełczyńskiego MIC. Może Ksiądz coś o tym opowiedzieć?
Tak, rzeczywiście poznałem go w Stanach Zjednoczonych. Miałem okazję z nim rozmawiać w Stockbridge w stanie Massachusetts. Bardzo sympatyczny starszy pan, bardzo ciepły człowiek. Taki życzliwy wobec osób konsekrowanych, wobec duchowieństwa, ale też rozpalony wobec ludzi świeckich. Tamtejsze Stowarzyszenie było – i wciąż jest – bardzo dużą organizacją, a on od początku miał do czynienia z wieloma świeckimi, z którymi pracował.
My w Polsce dopiero uczyliśmy się tej nowej rzeczywistości, a on był bardzo otwarty, bardzo cierpliwy i niesamowicie młody duchem, chociaż miał wtedy pewnie z osiemdziesiąt lat, a przy tym człowiek wielkiej pracy i wielkiej modlitwy, rzecz jasna.
Co Ksiądz wyniósł dla siebie z okresu pracy w Stowarzyszeniu?
Myślę, że jakieś nowe formy – to bez dwóch zdań. Potem nie zajmowałem się już stricte duszpasterstwem, natomiast doświadczenia związane ze Stowarzyszeniem, z organizacją pracy, z całą rzeczywistością administracyjną tego przedsięwzięcia, bardzo mi potem pomogły w mojej pracy. Właściwie do dzisiaj mi pomagają w pracy tutaj, na duszpasterstwie – ale tak specyficznie rozumianym, bo generalnie zazwyczaj zajmuję się działalnością gospodarczą w naszym zgromadzeniu, w różnych domach i w różnych dziełach.
Generalnie jestem maryjny, w tym sensie, że i moje powołanie wynika z duchowego kontaktu z Maryją. Szukałem wspólnoty, która ten kult nie tylko szerzy, ale nim żyje – i tak trafiłem do marianów. Natomiast jeśli chodzi o jakieś nowości z samej teologii czy duchowości maryjnej, to myślę, że przez ten rok niewiele mogłem pozyskać, ponieważ naprawdę zacząłem od administracji, czyli od organizowania tej rzeczywistości w wymiarze bardzo podstawowym – bo mówię, to były początki.
Próbowaliśmy poprzez nasze pismo, kwartalnik „Z Niepokalaną”, pokazać prawdziwą rzeczywistość duchowości maryjnej, bo ludzie często nie znali marianów. Wielu miało kontakt z marianami poprzez Licheń albo poprzez obrazki, które wydawaliśmy – zwłaszcza dla duchowieństwa – tutaj czy w Górze Kalwarii, bo to było wtedy takie centrum, chyba jedyne w Polsce, a na pewno jedno z pierwszych. Przecież i wydawnictwo powstało potem z tych książek sprowadzanych z Rzymu, właśnie o Maryi, o chrześcijaństwie, o duchowości katolickiej.
Tak więc ludzie znali marianów, a poprzez „Z Niepokalaną” mogliśmy ten kontakt ugruntować – wielu marianów publikowało tam bardzo ciekawe artykuły poświęcone Maryi, maryjności i praktycznej stronie duchowości mariańskiej, która stawała przed nowymi zadaniami. Myślę, że byliśmy trochę prekursorami tworzenia wspólnoty katolików w coraz bardziej zeświecczonym świecie.
Obecnie posługuje Ksiądz w domu rekolekcyjnym na Cyhrli. Czy może Ksiądz przybliżyć to miejsce naszym czytelnikom?
Jak już wspomniałem, kiedyś było to takie centrum tutaj, na południu, gdzie mogliśmy gromadzić rodziny czy przyjaciół mariańskich na modlitwie i na spotkaniach. Zwykle takie spotkanie trwało sobotę i niedzielę. Mieliśmy więc tutaj bardzo dobre miejsce, bo jest kaplica, jest zaplecze gastronomiczne, jest hotel, czyli miejsca noclegowe. To nam wtedy służyło jako miejsce spotkań.
Myślę, że dzisiaj ten ośrodek ma taki cel i taki sens: Cyhrla to dzielnica Zakopanego położona przy drodze w kierunku Morskiego Oka. Z jednej strony jest na górze Gubałówka, z drugiej Cyhrla, bo Zakopane leży w dolinie, na wysokości tysiąca metrów nad poziomem morza. To jest ośrodek dla koneserów – ale dobrze rozumianych koneserów, ludzi, którzy kochają ciszę, kochają spokój i kochają góry, jednak nie poprzez Krupówki, nie poprzez doświadczanie tych miejskich szlaków. Dla tych, którzy rzeczywiście chcą iść: stąd można iść i do Murowańca, a potem dalej, przez Zawrat, czy na Świnicę, czy na Kasprowy. Miejsce jest bardzo urokliwe. Są też górki, które mogą zdobywać wcale nie wytrawni taternicy, tylko zwyczajni wędrowcy, ci, którzy lubią lasy i lubią doliny. To jest więc miejsce na odpoczynek, miejsce na modlitwę, miejsce, które może służyć także jako centrum wypadów w góry.
Jeśli chodzi o zaplecze duchowe, to mamy piękną kaplicę na trzydzieści osób, gdzie każdego dnia – jeśli oczywiście mamy gości – jest Msza święta dla chętnych. Wieczorem mamy Apel Maryjny, też dla chętnych; nie ma przymusu, ale jest okazja i jest możliwość porozmawiania z księdzem czy skorzystania z sakramentu pokuty, takiego rozwiązywania problemów, które gdzieś się pojawiają albo które ktoś w sobie nosi.
To jest miejsce dla wszystkich. Służy rodzinom – z tego, co widzę, bardzo dużo rodzin tutaj przyjeżdża, bo mamy pokoje dwuizbowe: w jednej izbie mieszkają rodzice, a w drugiej dzieci, a wszystko jest w jednym wspólnym segmencie, więc pod kontrolą rodziców. Mamy oczywiście także pokoje jednoizbowe, gdzie mogą przenocować małżeństwa; korzystają z nich rodziny, którym nie zależy na dwóch pokojach, wystarczy im jeden. Mamy też takich przyjaciół, którzy spędzają tu miesiąc czy kilka tygodni, bo odpowiada im tutejszy klimat.
Rekolekcji jako takich, specjalistycznych, własnych, nie organizujemy. Mamy natomiast pewne próby: rekolekcje z postem Daniela. Myślę, że we wrześniu uda nam się uruchomić ten program czy projekt, w którym można będzie znaleźć coś dla duszy i coś dla ciała – żeby ludzie mogli sobie troszkę uporządkować dietetyczny wymiar swojego życia, i to nie tylko na dziesięć czy siedem dni, ale tak zbudować program, żeby potem służył właściwie każdego dnia. Na tym zresztą polega idea, podobnie jak w przypadku rekolekcji duchowych: to nie ma być tydzień, który sobie odbędę i mam problem z głowy, tylko tydzień, który pomaga mi dokonać jakiejś rewizji swojego życia, pomaga mi poukładać projekty w życiu, pomaga mi odkryć Pana Boga, który nie tylko od święta, ale każdego dnia chce mi towarzyszyć. Po co to wszystko? Aby potem każdego dnia żyć tą rzeczywistością. W tym kierunku staram się prowadzić rekolekcje i towarzyszyć naszym gościom.
Ośrodek na Cyrhli