Uśmiechnięty spacerowicz, który każdego ostrzyże


Na warszawskiej Pradze jego błyszczący piękny uśmiech zna niemal każdy. A że kocha spędzać czas z ludźmi, to tych, którzy kojarzą jego nazwisko z każdym rokiem jest coraz więcej. Co innego współbracia. Dla tych znany był tuż po tym, gdy przystąpił do Zgromadzenia. Jako brat-fryzjer.

Dziś w naszym cyklu „Ja, Marianin” przepytujemy Ks. Stanisława Kosiorowskiego MIC, marianina posługującego na warszawskim Targówku.


Od zawsze umiał się dzielić. Zresztą, nie za bardzo miał inne wyjście. Jako jeden z dwanaściorga od maleńkości wzrastał w atmosferze wzajemnej służby. Mocno zadbała o to choćby jego mama. Ta sama, która, gdy tylko otrzymała od niego list informujący o powziętej właśnie decyzji o wstąpieniu do zakonu, odpisała krótko: „Od początku marzyłam i modliłam się o to, aby jedno z was, poświęciło się Bogu”. Dla młodego Stasia był to jasny sygnał. Decyzja o rozeznaniu powołania była ze wszech miar trafiona.

Czystość i mycie podłóg
Gdy pytamy księdza Stasia o to, w czym jest dobry, ze śmiechem na ustach odpowiada, że „w spaniu”. Gdy jednak dopytać się marianina o to, kiedy wstaje z łózka, dowiemy się, że zwykle już o 05:40 rano.
– Tyle snu mi wystarcza. Aż nadto – wyjaśnia, widząc zdziwienie u pytających.
 Tak się jednak składa, że duchowny potrzebuje długiego dnia, gdyż ma pewną czasochłonną fobię, która pochłania go bez reszty: czystość i porządek.
– Nie położę się spać, jeśli wcześniej nie umyję łazienki i pokoju. No, po prostu nie dam rady – przyznaje.
    Podobnie bardzo zwraca uwagę na higienę i schludność innych.
– O! Zwłaszcza u moich współbraci. Jak któryś chodzi w brudnym ubraniu… Nie cierpię! – dodaje i głośno i zaczyna się śmiać.
    Każdy bowiem, kto choć raz w życiu spotkał księdza Stasia, doskonale wie, że kto jak kto, ale on akurat gniewać się nie potrafi. A uśmiech i dobre nastawienie to jego drugie imię.

Ksiądz od ogłoszeń parafialnych
W wolnych chwilach ucieka z miasta. Twierdzi, że zwyczajnie w świecie między blokami nie potrafi odpoczywać. Wyłącza więc telefon i jedzie do pobliskiego lasu w Wołominie albo nad Zalew Zegrzyński. Do teraz nie potrafi zrozumieć, dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, aby wokół jeziora poprowadzić jakiegokolwiek szlaku dla pieszych.
    Po drodze nad Zegrze czy do lasu wyłącza samochodowe radio.
– Kocham się modlić podczas jazdy – dodaje pogodnie. – Zwyczajowo każdy, kto ze mną jeździ dobrze wie, co go czeka zaraz po zamknięciu drzwi. Mówimy po kilka części Różańca, czasem Koronkę.
Na rozmowy (które także kocha) ma czas dopiero wówczas, gdy wraca do domu. Wtedy chętnie rozmawia z małżeństwami prowadzonego przez siebie kursu Ekip Notre-Dame. 
– W ogóle bardzo cenię sobie kontakt z ludźmi. Uwielbiam na przykład, jak na niedzielnych mszach przychodzi pora na ogłoszenia parafialne – śmieje się. – Mogę wtedy gadać i gadać. Bo wiem, że w kościele są ludzie, którzy mnie słuchają.

Kazanie, którego wciąż nie ma
W wolnych chwilach ksiądz Stasio czyta romansidła. Ostatnio jest na etapie „Stulecia winnych” Ałbeny Grabowskiej. Podobnym gustem kieruje się zresztą także w przypadku filmów.
– Bardzo mi się podobają na przykład „Barwy szczęścia” – dopowiada z rozbawieniem. – Śmiało, możesz to napisać.
A czego u siebie nie lubi?
– Tego, że zawsze odkładam wszystko na ostatnią chwilę – odpowiada zniżając na chwilę ton. – Choćby w naszej kancelarii. Albo gdy chodzi o kazania. Zwykle kończy się tym, że finalizuję je na chwilę przed samą Eucharystią.
Jak widać, taki system sprawdza się w przypadku księdza Stasia fantastycznie. Tak się bowiem składa, że prascy parafianie uwielbiają słuchać homilii proboszcza parafii Matki Bożej z Lourdes. Nawet, jeśli pisze je na kolanie na chwilę przed wejściem do zakrystii. Ot, cały nasz kochany ksiądz Staś. Z Pragi.

Pomódlmy się dzisiaj za ks. Stanisława. Marianina.

#SPM #JaMarianin #KsiezaMarianie #Marianin

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!
* pole wymagane