Włóczykij, który nie umie odmówić


Kilka lat ze swojej misyjnej posługi spędził w dalekim Kazachstanie. Przez co po dziś dzień śnią mu się po nocach ośnieżone szczyty Tienszanu. Gdy ma chwilę wolnego czasu i na swoich włóczykijowskich barkach nie trzyma akurat plecaka, zasiada do ukochanych planszówek. Doprowadzając do szału grających z nim kompanów. Bo prawie zawsze wygrywa.

Dziś w naszym cyklu „Ja, Marianin” przepytujemy Ks. Tomasza Sadłowskiego MIC, marianina posługującego na warszawskich Stegnach.

Jego Rodzice od zawsze dobrze żyli z marianami. Wszak dzięki nim się poznali. W Grudziądzu zakonnicy prowadzili wówczas jedno z najbardziej dynamicznych duszpasterstw w kraju. Siłą rzeczy państwo Roman i Gabriela po cichu spodziewali się, że po maturze ich syn oznajmi im swoją decyzję o wstąpieniu do zakonu. Jakież musiało być ich zdziwienie, gdy niespełna dwudziestoletni Tomek wybrał zamiast tego studia w Toruniu. Na kierunku stosunków międzynarodowych.
I o ile same studia wcale Tomasza nie porwały, o tyle już studencka rozgłośnia radiowa już tak. Dysponująca świetnym sprzętem, dobrymi warunkami pracy i zgranym zespołem stacja pochłonęła Tomka bez reszty.
– Być może dlatego dziś, gdy idę do radia, robię to z największą przyjemnością. Lubię ten specyficzny klimat radiowego studia.
Warto dodać, że chodzi raczej o studio, w którym najlepiej, aby puszczali jazz. Dźwięk trąbki Tomasza Stańko po dziś dzień świerszczy w uszach zakonnika.
– Zaś trójkową audycję, w której po raz pierwszy usłyszałem muzykę Jana Garbarka pamiętam po dziś dzień. A było to przecież w drugiej klasie liceum! – dodaje po chwili zastanowienia.

Wyciągany z polodowcowej rzeki
W domu zakonnym na warszawskich Stegnach każdy wie, że jeśli akurat Księdza Tomka nie ma w szkole, gdzie prowadzi słynne na całą dzielnicę lekcje religii, najprawdopodobniej jest w… lesie.
– To fakt. Lubię się powłóczyć – wyjaśnia z uroczym uśmiechem. – Czasem biorę więc plecak i jadę sobie do Puszczy Kampinoskiej. Tam wędruję. Bywa, że rozbiję namiot. Słucham zwierząt, ptactwa. Tak odpoczywam.
W puszczy na całe szczęście nie grożą mu poważniejsze niebezpieczeństwa. Choćby takie jak we wspomnianym Tienszanie, gdzie niegdyś współbrat Sasza musiał wyciągać go z lodowatej rzeki powstałej wskutek roztopienia się lodowca, po którym wspólnie wędrowali.
– Tak, to była troszkę bardziej niebezpieczna przygoda – przyznaje, drapiąc się frasobliwie po głowie. Tej samej głowie, na której z każdym rokiem coraz mniej włosów. Jednak podobnie jak to bywa w innych przypadkach, tak i w tym: łysina Księdza Tomka okazuje się być jego siłą i pewnym atrybutem sprawczym.

Nożyczki, grzebień i planszówka
– Gdy nastał covid i zamknęli wszystkie salony fryzjerskie, ktoś w naszym domu zakonnym zapytał, czy jest wśród nas ktoś, kto umiałby ostrzyc pozostałych – wspomina z rozbawieniem marianin. – A że mi od lat i tak było żal dla tych kilku włosów chodzić do fryzjera i strzygłem się sam, to się zgłosiłem.
W ten sposób został ogłoszony klasztornym fryzjerem.
– Proboszcza i księdza dyrektora SPM też strzygłem – dodaje z dumą i niekrywanym śmiechem. – Z pięciu moich klientów, trzech wraca do mnie od tamtej pory regularnie.
Gdy odkłada nożyczki i grzebień, rozkłada planszówki. Cały zakon Księży Marianów doskonale zdaje sobie sprawę, gdzie trzeba się kierować, gdy ma się akurat ochotę na małą partię. Bo jeśli chodzi o gry, Ksiądz Tomasz ma ich zdecydowanie największy wybór. Sam twierdzi, że jego ulubioną jest seria Carcassonne.
– Mamy taką swoją stałą ekipę w klasztorze – dodaje z uśmiechem. – Oni wszyscy nauczyli się grać ode mnie. Ja zaś przywiozłem te gry z Kazachstanu. To tam właśnie okazało się, że planszówki to świetny środek wychowawczy. Prosta gra przy stole sprawiająca, że rodzina gromadzi się razem i wspólnie spędza czas. I tak już zostało.

Telefon, który wiecznie dzwoni
Lubi ambitne kino. Po raz pierwszy pokazał mu je rosyjski reżyser Andriej Zwiagincew.
– To kwestia sposobu patrzenia na świat – tłumaczy duchowny. – Lubię fotografować, więc pewnie stąd cenię takie niebanalne ujęcia, filmowe eksperymenty.
Eksperymenty ceni także w kuchni. Zwłaszcza, gdy chodzi o makarony.
– Najlepiej taki ze szpinakiem i suszonymi pomidorami. Z dodatkiem kaparów, czy kurczaka. Oczywiście estetycznie podane. To też bardzo ważne – śmieje się.
Marzy o powrocie w Tienszan. Chciałby wejść na Dżygit, czy też Karakol. Poza tym pragnie raczej małych rzeczy. Byle były dobre.
– Aktualnie na przykład marzę o małym remoncie dolnego kościoła na Stegnach – wyjaśnia. – Aby rodzinne wspólnoty miały się gdzie spotykać.
To prawda. Do Księdza Tomasza trudno się dodzwonić. Ciągle w gonitwie, ciągle w niedoczasie, biegnący gdzieś między zajęciami z uczniami a kolejnym spotkaniem wspólnoty. Na powyższą rozmowę też nie miał czasu. Finalnie wygenerował 20 minut. Między lekcjami.
– Zadzwoń o 13:20 – poinstruował. – Wtedy odbiorę. I będziemy mieć czas do 13:45.    
Oczywiście o 13:20 nie odebrał. Coś go zatrzymało. Trzeba było próbować jeszcze raz później.
– Ja chyba faktycznie za dużo rzeczy robię naraz… – podsumowuje, gdy kończymy rozmowę. – I chyba w tym wszystkim za bardzo ugodowy jestem. Ale jak tu człowiekowi odmówić, gdy prosi?
Cały Ksiądz Tomek. Bezpretensjonalny. Kochany. I bez granic oddany. A że przy tym wszystkim wiecznie zajęty? Bez tego nie byłby przecież naszym Księdzem Tomkiem!

Pomódlmy się dzisiaj za ks. Tomasza. Marianina.

#SPM #JaMarianin #KsiezaMarianie #Marianin

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!
* pole wymagane