W liceum pani od matematyki stwierdziła, że idąc na księdza „się zmarnuję”


Zapraszamy na nowy cykl pt. "Ja, Marianin". Będziemy w nim przybliżać sylwetki naszych Księży Marianów oraz Braci Misjonarzy, pisząc o ich powołaniu, pasji, zainteresowaniach, a także o ciekawostkach z ich życia. Troszkę z przymrużeniem oka, troszkę na serio. Ufamy, że ten cykl sprawi, że nasza mariańska wspólnota stanie się jeszcze pełniejsza i bardziej zjednoczona.

Dziś na początek – nie mogło być inaczej – dyrektor Stowarzyszenia Pomocników Mariańskich, ks. Łukasz Wiśniewski MIC.

Na jego powołanie rodzina zareagowała zupełnie zwyczajnie.
– Nie było fajerwerków. Nie zaskoczę cię w żaden sposób – wspomina w rozmowie.
Nawet koledzy ze szkoły przyznawali w prywatnych rozmowach, że „troszkę się spodziewali, że tak to się wszystko może skończyć”.
– W liceum pani od matematyki stwierdziła, że idąc na księdza „się zmarnuję”.
Młody Łukasz nie posłuchał i poszedł do seminarium. Dziś nie żałuje.
Przez wiele lat swojej posługi w podsiedleckim Skórcu czy w Warszawie zajmował się ministrantami. Co dzień wyszukiwał nowe atrakcje, sposoby wspólnego spędzenia czasu, aby przez ruch i pasję zbliżać do Boga. Od ćwiczeń liturgicznych, przez wyprawy rowerowe, kajaki, po granie w piłkę.
– Jeździliśmy nawet na mistrzostwa Polski ministrantów, ale bez sukcesów! – ks. Łukasz podchwytuje temat, gdy pytam o pracę z dziećmi.
Potem zaczęła się włoska przygoda – czyli trzyletnie studia na papieskiej uczelni – Świętego Krzyża. To właśnie tam nauczył się, że czas naprawdę może być z gumy. I że de facto nigdy nie trzeba się spieszyć.
– To były cenne doświadczenia. Od tamtej pory niewiele na polskiej ulicy potrafi mnie na serio zaskoczyć – wspomina.
Dziś, kierując Stowarzyszeniem, szczególnie dba o to, aby marka Księży Marianów posługujących na całym świecie była coraz bardziej rozpoznawalna. I by dobro, które budują jako wspólnota kapłanów i braci, owocowało, zataczając coraz szersze kręgi.
---
W wolnym czasie ks. Łukasz zaczytuje się w kryminałach Michaela Connelly’ego. Wieczorami gra w klasztornych murach w planszówkę Carcassonne.
– I nie wiem, jak to jest, ale zawsze przegrywam z ks. Tomaszem – wypala ze śmiechem.
Nie jada nic smażonego, bo twierdzi, że mu szkodzi. Gdy ma chwilę wolnego, wsiada na rower. Popływać też lubi, ale… – jak sam przyznaje – nie umie.
Pomódlmy się dzisiaj za ks. Łukasza. Marianina.
 

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!
* pole wymagane