Nerwus ratujący dzieci przed mambą


W Afryce prócz biedy wśród okolicznej ludności walczy także z tutejszymi jadowitymi wężami. W wolnej chwili smaży szczury palmowe. A po mszy zakłada rękawice i idzie na budowę pomagać miejscowym robotnikom. Wszak szwalnia dla poszukujących pracy kobiet wciąż jeszcze nie stoi.

Dziś w naszym cyklu „Ja, Marianin” przepytujemy Ks. Krzysztofa Pazio MIC, misjonarza posługującego w kameruńskiej miejscowości Minkama.


Wychowywał się z pięcioma braćmi. Tata prowadził gospodarstwo. Pracował także jako cieśla. Każdy z synów doskonale wiedział więc, że w takim domu wstyd będzie czegoś nie umieć.
– Wszyscy w pięciu rwaliśmy się do stolarni – śmieje się dziś. Ks. Krzysztof. – Ale tylko ja jako jedyny ostałem się ze wszystkimi palcami u obu rąk. Reszta ma mniejsze lub większe ubytki.
    Od dzieciństwa kochał technikę. Lubował się w maszynach. Jako malec złożył swojego pierwszego komara.
– Szło się do dziadka, by namówić go na trochę grosza z renty – wspomina dziś marianin. – I jak się coś dostało, to można było potem nakupić części i montować.

„Przeżyje. I będzie księdzem”
    Jak odnalazł powołanie? Prawdopodobnie wszystko stało się za sprawą księdza Józefa z jego rodzinnej parafii w Węgrowie. Kapłan ów miał zwyczaj stawania przed podjeżdżającym pod szkołę autobusem z uczniami i wskazywania palcem konkretnych osób. W ten sposób zapowiadał, jaki dar u kogo rozpoznaje. I gdzie go posyła. Zwykle nikt ze wskazanych uczniów nie ośmielał się sprzeciwiać woli proboszcza.
– Temu mówił, żeby przyszedł jutro na próbę chóru, a tamtemu kazał przyjść na zebranie ministranckie. Mnie zaś któregoś dnia mianował lektorem. I tak ulubione przez siebie miejsce z tyłu kościoła pod chórem musiałem zamienić na to blisko ołtarza. Takie były początki – wspomina z rozbawieniem ksiądz Krzysztof.
    Tak naprawdę jego powołanie do kapłaństwa miał jednak zapowiedzieć ktoś zupełnie inny. I to znacznie, znacznie wcześniej zanim spotkał księdza Józefa. Wszystko działo się dokładnie tuż po urodzinach samego Krzysia. Tak się bowiem złożyło, że jako niemowlak cierpiał na bardzo poważne zapalenie płuc. Rodzice bojąc się, że stracą najmłodszego z synów, poprosili swego proboszcza, księdza Jana, o nieco wcześniejszy niż zazwyczaj chrzest. I tak się poskładało, że chrzest miał się odbyć w dniu pogrzebu pradziadka kilkumiesięcznego Krzysia. Po pochowaniu zmarłego ksiądz proboszcz zaprosił więc do zakrystii klasztoru rodziców dziecka z synkiem, gdzie ochrzcił chore maleństwo. Na koniec zaś miał orzec:
– Przeżyje. I będzie księdzem.

Ociosany
    Nie wiadomo, czy to właśnie proboszczowskie proroctwo miało wpływ na decyzję nastoletniego już Krzysia, który to bojąc się zdawania języka polskiego na maturze, miał obiecać Panu Bogu, że jeśli jednak jakimś cudem zda egzamin, od razu zapisze się do seminarium.
Zdał. Ledwo, bo ledwo, ale jednak zdał. Po kilku latach dowie się od swego polonisty jeszcze jednej rzeczy.
– Krzyś, ja wiedziałem, że ty jesteś lektorem. Widywałem cię wszak w kościele, jak czytałeś przy ambonce – wspomni mu sam nauczyciel. – Podejrzewałem więc, jak to się może skończyć, więc uznałem, że trzeba cię mocno ociosać. Dlatego nie miałeś u mnie łatwo.

Gdy trzeba zabić mambę
    Ostatecznie Krzysztof rzeczywiście zdecydował się na pójście drogą zakonną. I dziś nie żałuje. Posługuje w Kamerunie, budując kościół dla tutejszej społeczności, kopiąc studnię dla pozbawionych bieżącej wody ludzi, wznosząc stolarnię, czy wreszcie projektując szwalnię dla porzuconych przez swoich mężów kobiet. Od czasu do czasu ratując dodatkowo dzieci przed jadowitym wężem.
– Któregoś dnia jechałem gdzieś samochodem. Wtem widzę, rozciągniętą na drodze długą mambę. Śmiertelnie niebezpiecznego węża. Byłem w środku auta, więc teoretycznie mógłbym bezpiecznie przejechać, ale spojrzałem w lusterka wsteczne. I zamarłem. Zaraz za mną tą samą drogą szła gromadka dzieci. Cofnąłem się kilka razy, by przejechać po gadzie i być pewnym, że go zabiłem.
    Przygód z jadowitymi wężami miał zresztą znacznie więcej. Spotykał je idąc do klasztornej pralki, chcąc włączyć agregat. Za każdym razem księdzu Krzysztofowi udawało się ujść z życiem.
– Mamy w naszym klasztorze w Minkamie taki specjalny kij – wyjaśnia. – Z charakterystyczną rozszerzoną końcówką z jednej strony. Cała sztuka polega na tym, aby takiego węża trafić tą końcówką tuż za jego łeb. A następnie zmiażdżyć.

    Podobne, choć nieco mniej traumatyczne, przygody przeżywa w kuchni, gdzie lubi od czasu do czasu ugotować coś dla kleryków. Piecze dla nich chleb, wędzi makrele, usmaży kurę. Ale także przygotuje jedną ze swoich ulubionych potrawek ze… szczurów palmowych.
– Smakują jak nutrie. Bardzo smaczne – klepie się z uśmiechem po brzuchu.
    I właśnie brzuch jest tym, czego u siebie ksiądz Krzysztof nie lubi.
– Nie ukrywam, że chciałbym schudnąć – dodaje z przekąsem. – A co bym zmienił u siebie prócz tego?
Ksiądz Krzysztof zastanawia się dłuższą chwilę, by wreszcie podnieść oczy w geście przypomnienia sobie:
– Chyba to moje narwanie. Prawda jest bowiem taka, że wszystko chciałbym na już. Na teraz. Przez to jestem troszkę taki nerwus – opowiada schylając na chwilę głowę. Szybko jednak ją podnosi. – Po wszystkim zawsze jednak wracam do takiej osoby, którą mogłem zranić, i szybko ją przepraszam. Wtedy wszystko wraca na dobre tory.

Pomódlmy się dzisiaj za ks. Krzysztofa. Marianina.

#SPM #JaMarianin #KsiezaMarianie #Marianin

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!
* pole wymagane