Uparty wojownik na froncie


Trwał mecz piłkarski. Wyjątkowy i niepowtarzalny. Między mariańskimi seminarzystami filozofii a tymi starszymi: studiującymi już teologię. Bardziej doświadczeni faworyci przegrywali 1:2. Mieli akurat rzut wolny. Jedną z ostatnich szans na wyrównanie. Dośrodkowanie. Najwyżej ze wszystkich do piłki wyskoczył przyszły prowincjał – ks. Tomasz. Uderzona przez niego głową piłka nieuchronnie zmierzała do bramki. Wtedy ku zdumieniu wszystkich zdołał ją złapać bramkarz „Filozofów”.
– No, Tolik, ty to uparty jesteś… Nawet w bramce nie przepuścisz… – uśmiechnął się do bramkarza przyszły prowincjał Polski.
    Teraz ten bramkarz broni swoich parafian przed spadającymi na jego miasto bombami.

Dziś w naszym cyklu „Ja, Marianin” przepytujemy Ks. Anatolija Kłaka MIC, misjonarza posługującego w Charkowie.


    Marzec 2022 roku. Trzeci tydzień wojny. Charków. Całą noc trwa intensywny ostrzał miasta. Bomby spadają w okolicy kościoła Świętej Rodziny, gdzie od lat posługuje dwójka Księży Marianów. Są tutaj nadal. Pomimo zagrożenia i śmiertelnego niebezpieczeństwa. Razem z kilkudziesięcioma osobami, które także zostały w mieście. Ostrzał jest tak silny, że w budynku klasztoru drżą ściany. Pojawiają się odłamki. Uszczerbku doznaje także dachówka kościoła. Ksiądz Anatolij nie może zasnąć. Nie wie, co będzie czekać go rano. Czy po przebudzeniu się nowego dnia na ulicach Charkowa nie zobaczy już Rosjan. Chwyta więc za telefon. Wśród wszystkich dostępnych numerów wybiera ten, którego właściciel powiedział mu przed laty o uporze: księdza Tomasza. Zakonnego prowincjała, którego pamiętny strzał głową wybronił. Przyjaciela, który razem z nim studiował.
– Chciałbym się z tobą pożegnać… …– ksiądz Anatolij pisze jakby pogodzony z tym, co ma się wydarzyć. – W razie jakbym jutro miał umrzeć.
    Marianin jednak przeżyje. Tak ten dzień najbliższy, jak i kilkaset kolejnych. Aż do tego dzisiejszego. Za każdy z nich dziękując dobremu Bogu. Za troskliwą opiekę, za kolejną szansę. O temacie swojej śmierci jednak nadal pamięta.
– Nadal nie spisałem testamentu – przyznaje, gdy rozmawiamy. Jakby wytykając sobie coś, za co miał się zabrać już dawno. – Wiem jednak jedno. Że kiedy umrę, chciałbym, aby mój nagrobek przypominał te amerykańskie. Z krótką tylko informacją, kto tu spoczywa. Prosto i bez zbędnych upiększeń.
    Po chwili zastanowienie ksiądz Anatolij przypomina sobie coś jeszcze.
– Aha… – dodaje już szeptem. – A trumnę chciałbym taką, jaką miał św. Jan Paweł II. Prostą i z nieociosanego drewna.

Cyklista
    Wspomniana na wstępie historia meczu piłkarskiego z seminaryjnych czasów nie jest przypadkowa. Ksiądz Anatolij od zawsze lubił sport. Zwykł spędzać czas w sposób nader iście aktywny. Zwykł, gdyż obecny czas wojny dość mocno zmienił układ dnia codziennego w życiu marianina.
– Z oczywistych względów dziś już nie jeżdżę po mieście i w jego okolicach rowerem – przyznaje.
    A trzeba mu oddać, że mało jest wśród marianów podobnych miłośników dwóch kółek co on. Od 2010 roku regularnie jeździł z przyjaciółmi na cyklicznie organizowaną rowerową pielgrzymkę z Charkowa do Berdyczowa (730 km).
– Tę tradycję przerwała dopiero wojna – wyjaśnia.
    W 2013 roku wybrał się z Charkowa rowerem do Wiecznego Miasta. Trzy lata później obrał sobie za cel cyklicznej wyprawy bośniackie Medjugorie.
– W 2020 roku miało być Santiago de Compostela – uśmiecha się. – Ale wpierw przeszkodziła pandemia, a teraz ta wojna.

Kierowca i marzyciel
    Ksiądz Anatolij lubi od czasu do czasu zjeść dobry barszcz ukraiński.
– Ale nie taki, jak dają go tutaj w Polsce – zaznacza od razu. – Wyglądający jak zupa. Nie, nie… Barszcz musi sycić. Wrzucamy do środka zatem i mięso, i fasolę, i kapustę, i ziemniaki, i buraka…
    Gdy już ugasi głód, ceni w wolnych chwilach dobre kino.
– Lubię „Samych swoich” – dodaje z uśmiechem.
    Z książek od czasu do czasu sięga też po Ratzingera.
– Ale wiadomo, nie czytam całości. To za trudne – śmieje się. – Ratzingera czytam jedynie fragmenty, analizuję i uczę się.
    Gdy pytamy go o wskazanie swoich dobrych, mocnych stron, odpowiada bez zastanowienia:
– Dobrze jeżdżę samochodem. Naprawdę.
    Ta umiejętność bardzo przydaje się duchownemu zwłaszcza teraz podczas wojny, gdy praktycznie każdego dnia objeżdża Charków rozdając dary zebrane przez ludzi dobrej woli i przekazanych Ukraińcom przez Stowarzyszenie Pomocników Mariańskich.
– Niestety palę. I to jest nałóg, którego nie potrafię rzucić – odpowiada, gdy pytamy o to, co by w sobie zmienił. 
    Dziś, jak sam dodaje, palenie to także sposób odreagowania na stres. Tego bowiem w ostatnich miesiącach ksiądz Anatlij miał naprawdę wiele. I ma nadal.
    Gdy powstaje ten tekst, dzielny marianin jest już w drodze powrotnej na Ukrainę. Oczywiście samochodem. Oczywiście z nieodłączną przyczepką wyładowaną po brzegi darami, jakie zdążył zebrać w Polsce. O ich dowiezienie do Charkowa za bardzo się nie martwimy. Wiemy, że wraz z duchownym rzeczy trafią już wkrótce do potrzebujących. Wszak wiezie je niemal profesjonalny kierowca. Kierowca, który ma dziś tylko jedno marzenie. No, może dwa.
– Po pierwsze to wiadomo: żeby skończyła się wojna – odpowiada szczerze. – A drugie? Żeby do tego Santiago de Compostela dało się jeszcze pojechać rowerem…

udostępnij w social media


Zapisz się do newslettera!
* pole wymagane